RECENZJE

James Blake
Enough Thunder (EP)

2011, Atlas Recordings 4.7

Dziwnym nie jest, że zainteresowanie piosenką autorską, w większym może stopniu o czarnym niż folkowym rodowodzie, było w Blake’u od zawsze (koda "The Bells Sketch" chociażby). O ile na EP-kach początkujący James zdołał przekuć te inspiracje w prawdziwe złoto, o tyle na długograju posunął się już o krok za daleko – pozwolił, żeby przemówiły one za niego i tym samym utemperował swoją kreatywność, jakby sam się ocenzurował. Chłopak, który w 2010 roku porozstawiał wszystkich po kątach, w kolejnym udaje Bon Ivera i zaklina niewieście serca. Słabo? No właśnie.

Niestety, insynuacje jakoby "wspomnienie okularów zerówek przyprawiało go o mdłości" okazały się mocno przesadzone lub co najmniej przedwczesne, bo okulary zerówki z całym swoim bagażem skojarzeń wykukują z każdej niemal piosenki na Enough Thunder. Weźmy na przykład "Fall Creek Boys Choir". Kolaboracja z Vernonem wisiała w powietrzu od dawna, była właściwie tak nieuchronna, że teraz, gdy wreszcie doczekała się realizacji, wydaje się wręcz nadużyciem. Oprócz głosu, który oddaje starszemu koledze, Blake chowa tu do szuflady także osobowość innowatora i basowego wonderboya (a może zrobił to już na debiucie?). O swoim istnieniu przypomina nam właściwie tylko tym łupnięciem à la lament delfina, zresztą całkiem irytującym. Nikt tu nie wygrywa, nikt nie przegrywa, bo też nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się nie-wia-do-mo-czego. Po głowie chodzi mi też taki obrazek: 23-letni chłopak o aksamitnym głosie i silnym brytyjskim akcencie ("szalenie seksownym") rzewnie wyśpiewuje "A Case Of You" Joni Mitchell, zamieniając gitarę na plumkające pianino. Serca przyspieszają, na twarze wstępują rumieńce, a na nosach połyskują okulary zerówki (chyba, że nie mają szkieł, wtedy nie połyskują). Jak nic można się zakochać. No prooszę was… Chyba się obśmiać.

Na krótką chwilę udaje mu się jednak odzyskać własny głos, jak w "We Might Feel Unsound", zdecydowanie najlepszym tracku w zestawie, może jedynym naprawdę dobrym, w którym Blake wprawnie stopniuje napięcie, wychodząc od subtelnej melodii spowitej mgiełką kliknięć, tak dobrze znanych z poetyki Klavierwerke, i nieodłącznego już pianina, a kończy na prawdziwej burzy, w której ta sama subtelna melodia walczy ze świdrującym uszy, nieprzyjemnym wyciem i uporczywie pulsującym tłem. Wcale nieźle, panie Blake. Dalej jest już tylko gorzej. Przeplatające się, powtarzane w kółko, kilka dźwięków pianina, basowa plama i sam głos Blake’a stanowią właściwie całą teksturę openera. Repetycja ta ma swój urok i kawałek można zaliczyć w poczet tych zwyczajnie ładnych, jednak zbyt płaskich na poziomie emocjonalnym, przez co na dłuższą metę zupełnie niezajmujących. A na closer mogę jedynie wywrócić oczami, ale mi się nie chce.

Właściwie to chłopak zasługuje na odrobinę współczucia, bo wpakował się w dość niewygodną dla siebie sytuację. Jedną nogą stoi bowiem w basowym światku (o ile ten już się na niego nie wypiął), drugą natomiast w krainie okularów zerówek, a rozkrok to, trzeba przyznać, szeroki. Na Enough Thunder Blake dokonuje chyba próby połączenia obu estetyk, z marnym niestety skutkiem. "Not Long Now" zaczyna się typowym "męczeniem buły" spod znaku debiutu, w które wpleciony, pierwszy od dawna porządny bicior mający znamiona taneczności, wydaje się po prostu nie na miejscu, niczym na siłę doklejony sztuczny twór. Zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli młody Brytyjczyk szybko nie określi się po którejś ze stron, wcześniej czy później wyląduje w jakimś limbusie czy innym niebycie. Ostatecznie jednak ma do tego pełne prawo.

PS Wieść gminna niesie, że Blake pichci nam już kolejną porcję muzycznej strawy pod auspicjami R&S, więc jest szansa, że tym razem nie będzie to odgrzewany kotlet tudzież ciepłe kluchy.

Luiza Bielińska    
25 października 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja