RECENZJE

James Blake
The Colour In Anything

2016, Universal 7.5

James Blake, Two-Face brytyjskiej sceny cipienia-się, znany był już jako niezwykle intrygujący producent, jedna z ciekawszych postaci sceny zwanej swego czasu "post-dubstepową". Klavierwerke, a przede wszystkim CMYK zyskały aplauz środowiska, a tu nagle zwrot akcji – chłopak nagrywa "Limit To Your Love", sytuacja się zmienia, tłumy go kupują. Debiutancki self-titled to wciąż rzecz niepokojąco futurystyczna, która nie zestarzała się ani odrobinę, a te pięć lat temu niesamowicie wyprzedziła trendy. Być może dziurawa, jeszcze nie tak dopieszczona, ale bardzo wpływowa i ważna, zabrała estetykę 808s & Heartbreak i przeszczepiła ją na zupełnie inny grunt, znacznie gęściej wyścielony ludźmi ceniącymi sobie śpiewane łamliwym, przejętym głosem ballady. Chyba nie będzie nadużyciem stwierdzić, że to właśnie Blake wprowadził garażowe brzmienie na popowe salony? Od tego momentu sytuacja rozwijała się dynamicznie, koleżka był nie do zatrzymania, a swoją pozycję utwierdził rewelacyjnym Overgrown z 2013. Wtedy stało się jasne, że mamy do czynienia z artystą największego formatu.

Oczekiwania związane z Radio Silence (bo tak zapowiadano tę płytę) były bardzo duże, informacji zaś niewiele. 200 Press, z którym James zostawił nas na rok, zafrapowało, ale było też niepokojąco dziwne i niekonkretne. "Modern Soul" i "Timeless", które dane nam było poznać przed premierą, wracały na tory obrane przez Blake'a na sofomorze - bardzo dobre, ale jednak mało rewolucyjne w stosunku do poprzednich dokonań kolegi. Mimo tego jakoś wierzyłem w to wydawnictwo. Jak się okazało – słusznie, bo The Colour In Anything na ten moment w walce o moją ulubioną tegoroczną płytę konkurenta znajduje jedynie w The Life Of Pablo.

Trudno powiedzieć, co tak bardzo podoba mi się na tym albumie. Po prostu od pierwszego przesłuchania miałem wrażenie, że trafia, ma "to coś". Zniewala mnie wszechobecny, ale i nienachalny futuryzm (tak powtarzam się, ale trudno tego słowa uniknąć), miliardy mikroskopijnych trików produkcyjnych, które zebrane razem robią niesamowite wrażenie. Nieważne czy chodzi o didgeridoo-podobne dźwięki w openerze, przypominające nadjeżdżający pociąg syntezatory z "I Hope My Life", czy szczekanie z "Two Men Down", dbałość o każdy szczegół poraża. Blake przyzwyczaił nas już, że za konsoletą z niepozornego chłopca staje się demonem. Tym razem poszedł jeszcze o krok dalej.

Niesprawiedliwością byłoby jednak ograniczanie typa do roli producenta. Jeśli chodzi o samo pisanie piosenek, to od debiutu ogromnie się rozwinął. Podobnie jak na drugiej płycie, utwory są oparte na repetycjach – maniakalnie powtarzanych, gdy cała reszta wrze i narasta, prowadząc do nieuniknionej kulminacji. Najbardziej chorym, a przy okazji chyba moim ulubionym momentem na The Colour In Anything jest "Put That Away And Talk To Me", gdzie kołysankowa melodyjka ściera się z agresywnie modyfikowanym wokalem. Gdy do głosu dochodzą dziwne, przyśpieszone odgłosy można dostać ciarek. Zresztą, cały nastrój albumu buja się gdzieś na granicy płaczliwego męczenia buły i czarno-białej pocztówki z dystopijnej przyszłości. Może to tylko ja, ale coś takiego trafia do mnie w 100%.

Zarzuca się tej płycie przewlekłość. Rzeczywiście, blisko osiemdziesięciominutowa kobyła może być trudna do przełknięcia. Sam mam problem z płytami dłuższymi niż trzy kwadranse. Tutaj jednak nie znajduję słabszych punktów. Każdy indeks ma coś ciekawego do zaoferowania. Można też wspomnieć, że album miał mieć pierwotnie osiemnaście numerów, z czego jeden dwudziestominutowy. Zostało 17, nietrudno domyśleć się czego brakuje. Może wyrzucona suita zostanie wydana w formie jakiejś EP-ki, kto wie? Nieco szkoda też, że Kanye ostatecznie się nie dograł (miał być w "Timeless"), choć czy całość by na tym zyskała? Można tylko gdybać.

The Colour In Anything mnie urzekło. Dawno nie odczuwałem tak dużej przyjemności z poznawania nowej muzyki. Przy tych słowach ocena, którą tam na górze widzicie, może się wydawać nieco zaniżona. Cóż, każda osoba, z którą gadałem o tym dziele (a co ciekawe, było tych osób więcej niż dwie) zgadza się ze mną, że płyta jest świetna, nikt niestety nie podziela w pełni mojej fascynacji. Trudno. Żyjemy w naprawdę dobrych czasach dla muzyki. I nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Antoni Barszczak    
18 maja 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie