RECENZJE

James Blake
Assume Form

2019, Polydor 6.4

Adela Kiszka: Ostatnie tygodnie owocują w szerokie dyskusje formalno-muzyczne o tym, jak ci nasi wszyscy muzycy, których chcielibyśmy nawet lubić, powinni wypowiadać/wyśpiewywać swój tekst, żeby nam się to podobało. I o ile zupełnie zaskakującym i podnoszącym mnie nieco na duchu jest to całe heroiczne powstanie przeciwko przymykaniu oka na mizoginię/homofobię/rasizm etc. w rapie polskim i tym nie, o tyle ta skrajność, która pojawiała się wraz z kolejnymi recepcjami najnowszego Blake'a, trochę mnie zdezorientowała i miesiąc później, gdy już nikomu się nie chce o tym rozmawiać, dalej rozbija mi się po głowie słowo "elitaryzm". Po nieprzekonującej zupełnie (aggressively pastel), nieuczciwej ("it's easy to see why so many artists want to work with him: Despite his history crafting boundary-breaking electronic music, most use him as a kind of human preset, a metonym for broad-strokes melancholy") i z mojej perspektywy na siłę naszpikowanej ("Musically, as a kind of ambient-chamber-gospel music, it captures the essence of Blake's songwriting in a way he has never done before. It's perfect") recenzji Sherburne'a na Pitchforku pomyślałam przez chwilę, że w tej całej "odbiorczej mainstreamowej masie", o której mówię jakby w przeciwieństwie do "środowiska krytycznego", dużo lepiej się odnajduję w tym konkretnym przypadku. James Blake zmienił się od początku swojej kariery, ale nie znacząco (porzucił "eksperyment", ale trwa w "wysublimowanym", balladowym klimacie). Konfesyjne teksty mdlejącego Brytyjczyka i jego producencka melancholia, nawet jeśli wpleciona zgrabnie w tę całą future elektronikę, która jest bardziej jego niż kogokolwiek innego, przykleiły mu nieodrywalną łatkę smutnego chłopca, (smutnie) skamlącego o swoich (smutnych) przeżyciach i przemyśleniach. No i cóż, mnie od dwa tysiące jedenastego ta emocjonalnie-ujemna kaskada autentycznie zachwyca lub przejmuje (bardziej lub mniej), a inni mają np. prośbę: "jak kiedyś będę miał ciężką operację, to nie chcę narkozy: puśćcie mi Blake'a, to wystarczy. Tylko proszę o małą dawkę, pół minuty, bo inaczej zapadnę w śpiączkę i się nie obudzę" (Krytyka Holistyczna). Wcześniej coś o niewywoływaniu emocji, ale to raczej nie moje rejestry, jak wiemy.

Oczywiście, nie jest to jego najlepsza płyta, szczególnie gdy słucha się jej nie bez oderwania od poprzednich, głównie Overgrown, ale ma momenty. Nowo odkrywana przez Blake'a miłość i jego mania na swoim punkcie jest powodem do prychnięć pod nosem intelektualnych ironistów, którzy załamują uszy nad banalnością i powtarzalnością strony lirycznej Assume Form, i dobrze, jeśli nie zdążył was zamęczyć i zanudzić na śmierć ten cały wszechobecny ironiczny-dystans-absolutnie-do-wszystkiego-byleby-nie-wyszło-że-podchodzę-do-czegokolwiek-poważnie, ale nie mówcie mi jak mam się z tym czuć. Odcinam się więc na chwilę od słów. Elegijne, namiętne ballady są wizytówką tego wspaniałego białego indie-nudziarza i jeżeli obok intymnych konstrukcji słownych skłaniam się ku nim, to tak – właśnie przez nie wciąż Blake'a kupuję. Tym razem nową jakość na album wprowadziły fantastyczne featy, w szczególności z Rosalíą i Mosesem, w których słychać zetknięcie się dwóch duetów zupełnie autonomicznych artystów, ale i duety bliźniaczych wrażliwości. Pływające wokół siebie głosy – jego z nią i jego z nim – I don't know how to stop, powtarzalność melodyczna zamyka w pętli, wokale są jak musujące tabletki z witaminą D w szklance wody. Czytałam gdzieś ostatnio, że Rosalía jest "żadna"; jeżeli to prawda, to jest to ostatnio moje nowe ulubione genre.

Może i Assume Form to forma zupełnie rozmyta - w sensie, że niezbyt konkretna i niewynikająca z siebie linearnie - ale dla mnie jest to właśnie jej efemeryczna wartość, przez którą lubię ten album i przez którą lubię Blake'a. Wrażliwość, którą lubię - nie ze względu na jej niedobory w superorganizmach wokoło, ale może właśnie dlatego, że stać mnie na współodczuwanie akurat z tym konkretnym człowiekiem, a może po prostu lubię się nudzić na śmierć.

Tomasz Skowyra: Oddani fani Blake'a są usatysfakcjonowani nowym albumem, ale w mediach wybrzmiewa jednak rozczarowanie. Nie ukrywam, że też całkiem mocno zawiodłem się Assume Form. Po pierwsze dlatego, że po cichu liczyłem, że James nagra album, który będzie moim ulubionym w jego dyskografii – kompletnie tak się nie stało. Po drugie dlatego, że lista gości i producentów (zwłaszcza Metro Boomin) pozwalała sądzić, że to będzie odważna płyta czerpiąca garściami z najbardziej błyskotliwych patentów w dzisiejszym mainstreamie. Pożenienie wrażliwości młodzieńca (wciąż nim jest?) i jego producenckich skillsów z trapowym asortymentem powinno zaowocować czymś efektownym i bardzo na czasie (Boo Boo przekonało mnie zupełnie). Tymczasem "Mile High" okazał się tylko mylącym drogowskazem, bo całego t r a p u tyle tu co kot n a p ł a k a ł, a w związku z tym można zapomnieć o sprawie.

Zostawmy sny o potędze i wróćmy na ziemię. Niestety najbardziej boli mnie to, że Blake nawet nie próbuje jakoś przeskoczyć siebie. Ten nowy album to jak dla mnie niestety świadectwo pozostania w miejscu. Tak jakby Anglik cieszył się z tego, co już osiągnął i nie zamierzał wychylać się po nic więcej. Tak się jakoś składa, że od zawsze niemal sądzę, że gość ma dwie osobowości - jak doktor Jekyll i pan Hyde. Czasem potrafi zniszczyć kompletnie, gdy pożycza sobie kawałek klasyka Kelis i robi z niego coś, co niemal od razu staje się jednym z symboli obecnej dekady (mówię oczywiście o "CMYK"). A czasem uderza w tak patetyczne pieśniarstwo, że aż zaczynam się zastanawiać, czemu tak kumaty gość w ogóle zaczyna temat (sorry, ale jednak pojawiające się czasem porównania z Radiohead niezbyt mnie przekonują). Assume Form to z kolei zbudowana z pięknego materiału forteca, w której przeważnie jest tak bezpiecznie, że aż nudno.

Gdybym znał tylko debiut Blake'a i ktoś w 2045 roku puściłby mi "Tell Them", to powiedziałbym, że to numer z jakiejś schyłkowej płyty typa, gdzie już zupełnie brakuje mu pomysłów i pyka sobie dźwięki dla przyjemności. Wszystkie te piosenki cierpią na brak jakiegoś kompozycyjnego przepisu – znowu okazuje się, że Blake to znakomity producent, ale mniej utalentowany songwriter. I to wychodzi w takich "ładnych" kawałkach, jak w cyfrowej balladzie "Into The Red" (brzmi to jak biedniejszy Sufjan Stevens), Trójkowym (Trójka-core'owym w sensie) "Barefoot In The Park" z Rosalíą czy "Don't Miss It", gdzie niby mamy powrót do debiutanckiego albumu czy EP-ek, ale perspektywa czasu robi swoje i czar pryska, bo już to słyszeliśmy. Closer może przemilczę, bo jak zacznę ziewać, to nie skończę zdania. Mogę za to wskazać jaśniejsze punkty płyty: lubię w półśnie posłuchać openera z ciągle odradzającym się na nowo, fortepianowym motywem i twistem na 1:49. Koledzy podpowiadają, że "I'll Come Too" należy rozpatrywać w roli highlightu i mogę się zgodzić, bo zawsze lubiłem juniorboysową rytmikę. Więc może trzeba poczekać na kolejny album gościa, na którym wreszcie pojawi się coś zaskakującego i barwnego. A na razie to idę sobie posłuchać "Diamentowego Kolczyka".

Tomasz Skowyra     Adela Kiszka    
28 lutego 2019
BIEŻĄCE
Piotr KurekPolygome
Billie EilishWhen We All Fall Asleep, Where Do We Go?