RECENZJE

Jam City
Dream A Garden

2015, Night Slugs 7.8

Zdaje się, że odbiorcy nowego materiału londyńskiego wizjonera podzielili się na dwa przeciwstawne obozy. Jack Latham zapowiadał wcześniejszymi singlami rozmydlenie pierwotnej konwencji, która dekonstruując patenty obszernej sceny elekronicznej - czy to UK bassowej czy syntezatorowej - próbowała na Classical Curves z sukcesem utrzymać równowagę między *trudnym* eksperymentem a wciąż *łatwą* tanecznością. Dream A Garden nie ciąży w stronę żadnego z tych biegunów, natomiast proponuje przesunięcie na tor mniej agresywny w brzmieniu, spowolniony, wtopiony w intymne zakamarki codzienności. Nie zmienia się jedynie bardzo istotna płaszczyzna, na której buduje swoje wizje londyńczyk - ideologia. Dream A Garden w jego ambicji jest artystyczną ilustracją wpływu, jaki na nasze prywatne relacje wywiera mechanizm opresji wbudowany w zhierarchizowany na wielu płaszczyznach system społeczny. OK, jak długo najbardziej zaangażowane motywacje nie banalizują dzieła i uchylają się przed redukcją do przekazu, tak długo eviva l’arte. I tutaj się to udało w 100%.

Rozchybotanie dźwięków i niewyraźność stanowią jedną z głównych charakterystyk Dream A Garden. Latham sporo czerpie z dream popu i najlepszych współczesnych ambientowców. Maziaje, brzmieniowe torsje - ale pozbawione radykalnego harshu - witają nas już na samym początku. Jako żywo staje przed oczami okładka Endless Summer Fennesza. Początek płyty bliźniaczo podobny, ale tutaj w końcu wynurza się z tego bulgotu funkująca gitarka i to jest zapowiedź ciepła i miłości, które co chwila chcą się uaktywnić na niniejszym albumie. Spotkanie się dwóch światów odbywa się tu bez tarć - bardziej na zasadzie przenikania między fonią śmieciowej codzienności a ukojeniem śnionych ogrodów.

Audialne zgliszcza doczesnego świata? Przypomina się Replica kolejnego ambientowego wymiatacza, Daniela Lopatina (Oneohtrix Point Never). Jego niepokojące new-age’owo-elegijne synthy wybrzmiewają w tutejszym “Good Lads Bad Lads”. Śnione ogrody z kolei to przebitki sypialnianego boogie-funku w podobie Jensen Sportag. Ich duch rozciąga się zresztą nad większością albumu. Subtelniej snute witki mgiełkowych mikrowątków to “Unhappy”. Bardziej żywotna odsłona to “Today”. Wszystkie te skrawki, spetryfikowane doświadczenia otępiającego systemu i podświadome tęsknoty zagęszczają się najintensywniej w singlowym “Crisis”. Przejmujące cztery minuty i piętnaście sekund, kiedy wcześniej nieśmiało przebijające się dźwięki interferują intensywnie na tle mocnego bitu. Jeśli ideologia tego albumu nasuwa na myśl koncept protest songu, to tutaj go właśnie doświadczamy. I za pomocą wielu detali jest to siejąca sporo zamętu w głowie kompozycja. Moja ulubiona.

Ogólnie jest to spore pole do popisu, jeśli chodzi o wyliczanie rozmaitych ewokacji. Nu-gaze’owa klaustrofobia w “A Walk Down Chapel” pachnie mi lekko zatęchłymi gotyckimi murami jak swego czasu Have A Nice Life. Samotniczo-nadziejna solóweczka na tle basowego mułu i miarowego plumkania w “Black Friday” to taka oniryczna podkładka pod nowy film którejś Coppoli. Gdyby francuski duet Air zawiązał się dwadzieścia lat później, na swoim Moon Safari pomieściliby tak, a nie inaczej brzmiący “Proud”. Ten numer zresztą, zgodnie z przewidywaniem Luizy, zamyka piękne, poruszające dzieło, bo tak należy określić Dream A Garden. Mnóstwo jeszcze sesji przede mną i oby każdy poczuł tę (w moim przypadku dawno nie doświadczaną) elektryzującą podnietę obcowania z muzyką, którą trudno się przejeść. Za każdym razem ta niedookreślona forma uwypukla inne kontury i mocno, naprawdę mocno daje się poczuć.

Michał Hantke    
2 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy