RECENZJE

Jaga Jazzist
One-Armed Bandit

2010, Ninja Tune 6.9

WS: Jakoś kurwa tłoczno tu, z pewnością nie jest to płyta dla osób cierpiących na demofobię. Nie dość, że wuchta wiary, to jeszcze przytargali ze sobą więcej instrumentów, iż zmieściłoby się w moim pokoju. Pięć lat temu goście byli po łokcie unurzani w shoegazującym post-rocku, a teraz stoją z tą swoją jazzową nowomową tuż nad progową krawędzią poklepywani przez Reicha, Kutiego, a czasem i przez Wagnera. Nie da się ukryć, że nad nieco rozczarowującym Jednorękim unosi się duch Kaleidoscopic, tylko że potraktowany defibrylatorem, jak królik po koksie. W niektórych momentami chce się tu krzyczeć: "Yes! Yes! Yes!", w innych potupać nogą do afro-beatu opakowanego w muzykę filmową, bądź wykupić bilet do filharmonii, poważkowo-minimalistyczna "Toccata" się kłania. Progresywni Lars i spółka sprawiają wrażenie, jakby im tu grać jazzu nie kazano, ale co ja tam wiem, w końcu nie mam nawet autorskiej audycji w Radiu Jazz, a o tym kto ją ma pewnie dowiecie się poniżej. Aha, rozbrykane, zaskakujące ciężką, szybkostrzelną linią basową "Touch Of Evil" dobrze klamruje. I wiecie co? Z daleka One-Armed Bandit trochę nawet przypomina Quinlana, ale niestety tylko z pewnej odległości.

ŁŁ: Trochę się rozmijamy z Wojtkiem co do oceny ostatnich poczynań Jagi. Tytułowy utwór nastrajał bardzo dobrze, w ostatecznym rozrachunku płyta wydaję się trochę jednowymiarowa, gładka, i nie tak chwytliwa jak świetne What We Must. Oczywiście, nie musi to być wada – pastelowe brzmienie Kaleidoscopic jest tu jednak kontrapunktowane antytezą barokowych ornamentacji solowego Larsa. Dzieje się po prostu mniej, niż oczekiwałem, przez co, pewnie podobnie jak w przypadku singla Eryki, zaniżam ocenę fajnej rzeczy. A ta audycja to tak naprawdę nawet nie jest o jazzie.

MZ: Co wy pedały jesteście? Można się tylko zdumiewać, że aż kilkanaście lat zajęło norweskiemu ansamblowi skupiającemu znakomitych, kreatywnych muzyków wydobycie z szerokiego zbioru inspiracji jazzowych, progresywnych, minimalistycznych koherentnego kształtu, tak jakby dopiero teraz wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Czułem się nieswojo zachwycając się eksperymentalnym Supersilent i ostatnim Horntvethem, a nie mogąc podobnych pochwał wykrzesać pod adresem dokonań macierzystej formacji tychże, może z wyjątkiem swoistego easy-listening błogiego What We Must, które przeszło niepozornie, a urzekało po czasie i jest również na własnych prawach rewelacyjną płytką. Not anymore. Teraz mamy Reicha, trochę inżynierii dźwiękowej, dynamiczne, jazz-rockową akrobatykę, folkowe pastoralne obrazki z domieszką vintage psych-rocka (to wszystko razem w zasadzie nawiązuje do sceny Canterbury) i coś co może stać się znakiem rozpoznawczym tej ekipy, czyli umiejętność zaserwowania tak niełatwych podmiotów stylistycznych w sposób obezwładniająco przystępny, swobodny, niezagmatwany i chwytliwy.

FK: Są tacy, których Kaleidoscopic jednak nieco nudziło (czy może lepiej – zdecydowanie nie zachwycało), więc nie tkwią we mnie dylematy nadredaktora Zagroby, który jednak wyłuszczył myśl główną z odpowiednią ilością epitetów. Choć może ta obezwładniająca przystępność to lekka przesada, bo tak jak What We Must potrafię zanucić na wyrywki, to tegoroczna płyta pobrzmiewa w czaszce jedynie jako tu-ru-ru-ru-RU-RU-RU. Dodajmy, że świetne tu-ru-ru-ru-RU-RU-RU.

Łukasz Łachecki     Michał Zagroba     Filip Kekusz     Wojciech Sawicki    
11 lutego 2010
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss