RECENZJE

Jacaszek
Treny

2008, Gustaff 5.8

Miałem się wzruszać i płakać. Po zapoznaniu się z próbkami Trenów dostępnymi na MySpace Jacaszka dokładnie tak wyobrażałem sobie moje obcowanie z tym albumem. Jednak nie płaczę, a wzruszam się tylko trochę. Oczami wyobraźni widziałem polskie Stars Of The Lid albo chociaż Maxa Richtera i choć muzycznie Jaczaszek zapuszcza się w te rejony, nie do końca udaje mu się uchwycić istotę tego całego modern classical grania. Nie zmienia to jednak faktu, że Treny to doprawdy piękny album, wymagający od słuchacza skupienia i większego zaangażowania niż większość płyt, które przychodzi nam wrzucać do odtwarzacza. Jeśli są krążki, których trzeba słuchać nocą, ten jest bez wątpienia jednym z nich. Nawet jeśli współlokator powie wam, że taką muzykę powinni puszczać w windach w bogatych hotelach, nie wierzcie mu.

Jacaszek postanowił pobawić się w mieszanie muzyki klasycznej z elektroniką. Żadna to nowość, choć gdyby pomyśleć ilu Polaków do tej pory bawiło się w tego typu rzeczy, to jest w tym jakiś powiew świeżości, przynajmniej na naszym lokalnym podwórku. Skromne, subtelne aranże, wzbogacone delikatną elektroniką i ślicznymi wokalizami Mai Siemińskiej (kończące album "Rytm To Nieśmiertelność II" jest tutaj jej pierwszorzędnym popisem), wszystko podane w formie delikatnie szumiącego lo-fi. Nie ma tutaj fajerwerków, różnorodności czy bogactwa użytych dźwięków. Jest za to wolno sącząca się melancholia, smutek, tęsknota i ból.

Zostajemy skierowani w stronę Kochanowskiego i gdy przyjrzeć się dokładnie utworom i ich tytułom, można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że nie jest to zagranie typu wymuszony koncept, ani próba dotarcia do uczniów szkół średnich w postaci ścieżki dźwiękowej do nudnej poezji z lekcji języka polskiego. Jakkolwiek by to banalnie brzmiało – ten album doskonale odzwierciedla nastrój i emocje, które płyną z tekstów Kochanowskiego. Muzyka jest przepełniona mnóstwem żalu i smutku i wszystko obraca się wokół takiego nastroju. Tematycznie udajemy się w stronę śmierci – "Lament" to płaczliwy hymn pogrzebowy, "Powoli" to dźwięki ostatnich chwil życia, zaś "Martwa Cisza" to nieśmiała próba oddania stanu umysłu w ciężkich chwilach. Wszystko jest tu bardzo osobiste i każdy odbierze tę płytę na swój własny sposób, co czyni z niej idealną pozycję do kontemplowania w samotności.

Coś jednak nie gra, zgodnie z tym co zostało zasygnalizowane już w pierwszym akapicie. Jakkolwiek w operowaniu klimatem jest to album pierwsza klasa, to całość za bardzo się "wlecze", przez co momentami wkrada się tu nieco monotonii. Pomimo całej mojej sympatii do Trenów muszę z bólem serca przyznać, że muzycznie to się czasem rozjeżdża i nieco zatraca w formie. To nie jest tak, że coś odstaje bądź nie pasuje – raczej wszystko aż za bardzo się zlewa, w związku z czym chwilami gdzieś ucieka przesłanie i głębia całości. Określenie, że wszystko jedzie na jedno kopyto byłoby krzywdzące, ale wydaje się że jest najbliższe prawdy czemu Treny nie są dziełem wybitnym. Gdy artysta porywa się na tego typu przedsięwzięcie, musi idealnie wszystko przemyśleć i wyważyć, by nie tylko smutny nastrój był wyznacznikiem jakości. Jacaszkowi udało się to połowicznie, za co i tak należą się brawa i szacunek.

Łukasz Halicki    
5 maja 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja