RECENZJE

IZA
Painkiller

2014, self-released 6.7

W ciągu ostatnich kilku lat fani Izy Lach nie mogli narzekać na liczbę kompozycji sygnowanych jej nazwiskiem. Pod koniec 2011 roku ukazał się Krzyk, w 2012 album Off The Wire i EP-ka Good Friday, parę miesięcy temu mogliśmy posłuchać mixtape’u Flowers In The Jungle , a nie wolno też zapominać o takich kawałkach jak ''One by One'' (najlepszy utwór z Hardbeat Mariny Łuczenko) czy ''What’s The Difference'', które należą do highlightów obfitego (mimo młodego wieku) katalogu łodzianki. Dotychczasowe poczynania Izy wywołują wrażenie, że tworzenie kolejnych piosenek przychodzi jej z łatwością. Ważne, że nie schodzą one przy tym poniżej całkiem wysokiego poziomu i artystka na razie unika wpadek. Problem natomiast stanowi to, że obok zachwycających dowodów na songwriterski talent zbyt wiele jest wśród nich kawałków zaledwie poprawnych – takich, których słucha się z przyjemnością, ale nie zachęcających przesadnie do wielokrotnego odtwarzania. Ponadto w nowych brzmieniach, których eksploracja postępuje na ostatnich wydawnictwach Izy, rozmywała się czasem jej rzadko spotykana na polskiej scenie muzycznej umiejętność układania zaraźliwych, typowo popowych i łatwo identyfikowalnych melodii.

Najnowsze dzieło artystki nie zbacza z obranej przez nią jakiś czas temu ścieżki. Zapowiadający je singiel ''Undecided'' jest kontynuacją opisanego przeze mnie pod koniec poprzedniego akapitu procesu, co lekko mnie rozczarowało. Na szczęście całość jest zdecydowanie lepsza i prezentuje poziom podobny do dwóch pierwszych długogrających krążków Izy. Zaczyna się od składającego się głównie z wokaliz intra ''Relaed Evol Eht'' (jeśli tytuł zachęca was, tak jak mnie, do puszczenia utworu od tyłu, to oszczędzę wam trudu – nie doszukałem się żadnego satanistycznego przesłania). Po nim następuje zestaw chwytliwych popowych kawałków z domieszką R&B i rapu. Każdy z nich ma coś ciekawego do zaoferowania, ale brakuje mi trochę kilku konkretnych ripitowalnych wymiataczy. Czymś zbliżonym mógłby być ''Black Paint''. Świetnie poprowadzona zwrotka, której ważną częścią jest rozedrgany podkład ozdobiony dodatkowo klawiszowymi wstawkami i uzupełniającymi wszystko samplami wokalnymi, pozwala oczekiwać równie udanego refrenu. Niestety, pomimo chwytliwości jest on zbyt banalny i w żaden sposób nie powala. Dużo bardziej podoba mi się za to mostek ujawniający biegłość, z jaką Iza jest w stanie budować dramaturgię. Kolejnym z jasnych punktów płyty jest ''360''. Mamy tu intrygujący, oszczędny podkład, którego rozbudowywanie wiąże się z rosnącym napięciem, namacalnym szczególnie tuż przed refrenem. Od 59. sekundy wydaje się, że zmierzamy bezpośrednio do niego, ale prechorus zostaje powtórzony, oddalając oczekiwane rozładowanie – sprawdza się to nie tylko przy pierwszym odsłuchu. Na zakończenie dostajemy jeszcze wybornie poszatkowane wokale w outro. ''The Love You Fake'' to bardzo porządny album-track, ale pozostawia niedosyt, bo kończy się, gdy ja czekam, aż jeszcze trochę się rozkręci . W następującym po nim ''Painkillerze'' narracja ekscytująco lawiruje pomiędzy wyciszeniem a neurotycznością. ''Slice'' z kolei najbardziej kojarzy mi się z początkowymi nagraniami Izy. Zarówno melodia, jak i wykonanie piosenki odsyłają do rozmarzonych kompozycji, które zapełniały płyty sprzed kilku lat, w czym nie ma oczywiście niczego złego. Skoro już wspomniałem o wokalu, muszę przyznać, że głos Izy jest wykorzystany tak jak powinien. Nie ma przesadnego silenia się na wielooktawowe wygibasy, co pewnie zaszkodziłoby płycie, postawiono za to na spójność i dopasowanie poszczególnych muzycznych elementów tak, by jak najlepiej się uzupełniały. Podziw budzi to, że Iza zajęła się również produkcją albumu i choć momentami czuję się nią trochę przesycony, muszę przyznać, że jest wykonana profesjonalnie.

Jeżeli jest na tej płycie coś, co uważam za niepotrzebne, to są to na pewno featuringi pojawiające się pod koniec Painkillera. Nie żeby same kawałki były jakoś złe, ale The Airplane Boys i Soopafly zaburzają mi odbiór albumu. Twórczość Izy kojarzy mi się z osobistymi, nasyconymi emocjami wyznaniami i wkraczający w to wszystko raperzy zupełnie mi do tego nie pasują. Nie zaciera to jednak pozytywów i spokojnie mogę zaliczyć najnowszy album Polki do udanych. Nadal jednak uważam, że Izę Lach stać na jeszcze więcej. Śledzenie jej kariery i gatunkowych kierunków, które obiera, jest niezmiennie fascynujące, ale wierzę, że następny album w pełni ujawni potencjał, który wielokrotnie już demonstrowała.

Piotr Ejsmont    
30 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie