RECENZJE

Iza Lach
Krzyk

2011, EMI 7.0

Trzy lata w życiu każdej dziewczyny to mnóstwo czasu. Jeśli przy tym jest to okres bezpośrednio związany z tak zwanym "wkraczaniem w dorosłość", to sprawa dodatkowo się komplikuje. A właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku Izy Lach, która trzy lata temu, świeżo po maturze, zadebiutowała z łatką "polskiej Lily Allen". Jaki to był debiut, to my na Porcys bardzo dobrze pamiętamy – starannie zaaranżowany dziewczęcy teen-pop z Już Czas to bodaj najlepsza rzecz powstała w obrębie tej estetyki na krajowym podwórku w poprzedniej dekadzie. Ten album po raz pierwszy przekonał nas nie tylko o dużym potencjale songwriterskim i zacnych inspiracjach łodzianki, ale też o sporej ambicji, czego dowodem było niezamierzone przeładowanie płyty materiałem.

W ciągu trzech lat, które upłynęły od wydania debiutu do dziś, w temacie Izy Lach odbieraliśmy naprawdę sporo sprzecznych informacji. A to o kiełkującej sympatii piosenkarki do amerykańskiego hip-hopu i r&b, a to o wspólnym utworze nagranym z Pawłem Stasiakiem, aż po całkowite zaskoczenie w postaci kilku pogodnych demówek zaśpiewanych po angielsku. Jednak kiedy przyszło do tworzenia longplaya, Iza zdecydowała się na dosyć konserwatywne podejście – Krzyk, pomimo przykuwającego uwagę tytułu, nie jest żadną próbą ekstrawertycznego obnażenia się przed polskimi słuchaczami. Bardziej do tego albumu pasowałby tytuł Szept, ponieważ to rzecz, którą – podobnie jak debiut – należy uznać za niezwykle osobistą, na swój sposób wręcz nieco sypialnianą. Pamiętajcie, że nic nie dzieje się bez przyczyny i to, że obie płyty zostały wydane jesienią, też jest znamienne – to bardzo dobra i chyba nieprzypadkowa taktyka, bo obecna pora jak mało co sprzyja tego typu muzyce.

Co sprzyja jej jeszcze bardziej, to przede wszystkim piosenki na wysokim poziomie, ale tych na szczęście nowy album oferuje jeszcze więcej niż Już Czas. Zacznijmy od tego, że Iza przeprowadziła ściślejszą selekcję i w porównaniu z debiutem wybrała mniej utworów, jednak znowu nie są to chyba tak "optymistyczne" kawałki jak życzyłaby sobie piosenkarka. Ciekawa historia wiąże się z tym, że o ile klimat debiutu "sponsorowało" niedawne rozstanie z chłopakiem, tak dziś nasza bohaterka jest już szczęśliwie zaręczona, czego w życiu bym się nie domyślił wsłuchując się w piosenki na Krzyku. Nie podejmę się rozważań na temat tego, który z jej albumów jest bardziej "optymistyczny" w swojej wymowie – to przymiotnik, który prawie w ogóle nie ma zastosowania w przypadku nagrań łódzkiej songwriterki w ojczystym języku. Kolejny raz przesądzają o tym niezwykle osobiste teksty, które najlepiej obrazują różnicę pomiędzy Izą 2008 i Izą 2011. To subtelniejsze, dojrzalsze historie, w których występuje mniej prostych konstrukcji zdaniowych. Jasne, wciąż nie jest to młodopolska poezja, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że za tym wszystkim stoi autentyzm – jakże ważny czynnik decydujący o afirmacji teen-popu. Kategoria "szczerość w muzyce" to w ogóle trudno definiowalne pojęcie, ale w moim zdroworozsądkowym rozumieniu tego terminu Iza Lach ma do niej niezwykle blisko. Tu nie chodzi o to, jak jej teksty mają się do rzeczywistości, ale o to, jak trafnie wyrażają pewne nostalgiczne nastroje tkwiące w niemal każdym młodym człowieku.

Same kompozycje kolejny raz bardzo dobrze współgrają z treścią liryczną i chwilami rzeczywiście zaskakują. Początek tej płyty – "Futro" i "Krzyk" – to piosenki niemal wprost odsyłające do Gemini i złotych czasów dziewczyńskiego alt-popu lat dziewięćdziesiątych. Gitara z intro tego pierwszego zdecydowanie "nie bierze jeńców" i – wsparta niepokojącym brzmieniem fortepianu oraz onirycznym tłem – zmusza do przynajmniej kilku repeatów. Produkcyjne smaczki to zresztą inny ważny atut tego krążka i kolejne punkty zapisane na koncie Izy, która odpowiada za całość tego materiału w niemal każdym jego aspekcie. W tytułowym utworze, poza subtelnym bitem, wyróżnia się pomysłowe przesunięcie ciężaru narracji na chórki w drugiej połowie tracka. "Chociaż Raz" to z kolei chyba najbardziej schizofreniczny utwór w dotychczasowej karierze łodzianki, głównie za sprawą misternie skleconego podkładu. W całym zestawie lśni też uroczo prostolinijny syntezatorowy leitmotiv w "Tylko Mój", który wnosi do tego sprawnie zaaranżowanego, sentymentalnego utworu trudną do zdefiniowania dawkę niepokoju. Rola syntezatorów momentami mocno frapuje, jak na przykład w "zimnym" intro do "Zatrzymaj Czas", który stanowi zresztą idealne zwieńczenie albumu. Uwagę przykuwają w nim przede wszystkim chwytliwe wokalizy z refrenu i sposób frazowania w zwrotkach. A kompozycyjnie – choć może to trochę myślenie życzeniowe – brzmi to jak coś, co w młodości mogłaby nagrać Nite Jewel. Mam przeczucie, że ten numer może okazać się w perspektywie kilku najbliższych miesięcy świetnym punktem wyjścia do swoistego "skoku w nieznane", który w przypadku łódzkiej piosenkarki może objawić się w postaci mniej lub bardziej oczekiwanego skrętu w stronę r&b. Bo pomimo niemałej sympatii Izy względem Beyoncé i Rihanny, Krzyk nie oferuje żadnych flirtów z tego typu muzyką.

Nie jest to jednak album zupełnie zachowawczy – postępy są wyraźnie odczuwalne już w trakcie pierwszego odsłuchu, choć nieśmiałe eksperymenty mogą początkowo umknąć za sprawą ogólnej spójności materiału. Znane powiedzenie głosi, że "za każdym wielkim mężczyzną stoi wielka kobieta", ale w przypadku tej płyty jest dokładnie odwrotnie – wsparciem songwriterskim i sporą inspiracją Izy jest basista L.Stadt, Adam Lewartowski, który chyba świadomie zgodził się na pozostanie w cieniu. Nic dziwnego, bo najlepiej wypada w tym wszystkim sama autorka, żadna tam "polska Lily Allen" czy "druga Brodka" (z biegiem czasu dostrzegam coraz mniej paraleli), ale wszechstronnie utalentowana kompozytorka, która Krzykiem powinna wywalczyć sobie prawo do zaistnienia u szerokiego grona odbiorców na własnych warunkach. Bo wszystkie znaki na niebie i Ziemi zdają się wskazywać, że to właśnie Iza Lach dzierży obecnie palmę pierwszeństwa wśród nowego pokolenia polskich songwriterek. Nawet jeśli przyjąć, że "oczekiwanie przyjemności też jest przyjemnością", to mam nadzieję, że na kolejną płytę łódzkiej piosenkarki jednak nie będziemy musieli czekać aż trzy lata – kto wie, może dodatkowa atrakcja "złotej, polskiej jesieni" pojawi się tuż po Euro?

Kacper Bartosiak    
18 października 2011
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships