RECENZJE

Isolée
Well Spent Youth

2011, Pampa 6.7

Rajko Müller, jak to miszcz mikroelektroniki, w miarę dokładnie, choć nie bez glitchowego odchyłu odmierza sobie czas między pokazywaniem światu kolejnych swoich dziełek. Być może jest w tym tekście odpowiedź na pytanie czemu akurat są to okresy około-pięcioletnie i 11 lat minęło w tym wypadku nie jak jeden dzień, tylko jak trzy LP, wyłączywszy kompilację Western Store. Mimo że dziejowa była według niektórych tylko jedna, debiut Rest z 2000, to następny album mocno dawał radę, a byli i tacy, daleko ich zresztą szukać nie trzeba, którzy stawiali go wyżej od poprzednika, wskazując na znacząco większą dyscyplinę kompozytorską i ocieplenie formy micro-house'u elementami piosenkowymi.

We Are Monster ujmował więc atmosferą niewymuszonej, ale poukładanej zabawy dźwiękami. Jeśli już pojawiały się motywy zdolne zbliżyć się w stronę tajemnicy, jakiegoś nieuchwytnego *tyma*, który namierzył Michał Zagroba w pleju o otwieraczu Rest, to zaraz w sukurs imprezie zjawiały się zdecydowanie ludyczne biciki i figlarne glitchowe przeszkadzajki. Przy tym mówimy tu o antycypowaniu (antycypować jest spoko -sofomor, 30/5/2007 12:48) space disco momentami ("My Hi-Matic") i o innych progresywnych przyjemnościach. Szkoda tylko, że pozytywnego napięcia nie udało się utrzymać na więcej niż połowie kawałków.

Za to w Well Spent Youth ów kreatywny luz jest dosłownie ściszony, odesłany w tło. Pięć lat temu cukier podany był wprost w fantazyjnie wykrojonych kostkach, tu słodycz jest ściemniona, skarmelizowana, muzykę robią skwierczenia na dobrze zaprogramowanej patelni. Wyłania się ambientowość, a miejscami i chill, i to nie ten z -wave, tylko jak z Hotel Costes ("Celeste"). Nowa odsłona Isolée wchodzi w powinowactwa chociażby z zeszłorocznym wydawnictwem innego niemieckiego frankofila, Panthy du Prince'a (szczególnie w "Journey's End"), a sięgając w czasy zamierzchłe, ociera się o album zatytułowany nie inaczej jak po francusku: Thé Au Harem d'Archim-de Villalobosa, gdzie w eleganckich, faux-awangardowych dysonansach współgrają z bitami efemeryczne, przetworzone dźwięki akustyków. Pojawiają się też ("Going Nowhere") pomysły jakby żywcem przeniesione z sygnowanego przez 4AD, ale zupełnie nietypowego dla tej wytwórni debiutu Sybarite, Nonument z 2002.

Taka forma skłania oczywiście już nie do kanciastych, pełnych zwrotów akcji tańców, tylko raczej do zasiedzenia się przy lolku i wsłuchania, szybko skutkującego wnioskiem, że w jakimś sensie minimalizm debiutu i różnorodność jego następcy spotykają się w tej Dobrze Spędzonej Młodości. Niby piosenkowość jest w odwrocie, ale Müller wprawnie ożywia dość jednostajne podstawy rytmiczne pomysłowo dobranymi efektami specjalnymi, inspirowanymi co bardziej nośnymi wizjami elektroniki ostatnich lat. Całościowo jest to najbardziej dopracowany album w dyskografii Niemca. Stosunkowo dawno już nie słyszałem podobnie przyjemnego odżegnania się od statusu wizjonera.

Andrzej Ratajczak    
19 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie