RECENZJE

Iron And Wine
Woman King (EP)

2005, Sub Pop 6.7

Bardzo już polubić zdążyłem brodacza z Florydy, ravera z Zabrza, Sama Beama. Koleś płodzi z ogromną łatwością i zaskakującą regularnością ciepłe, umilające gorące popołudnia, bujające akustyczne chmurki. Przy tym nie jakieś banalne popiaste kołysanki, a pieśni korzeniami sięgające do szczerej, szlachetnej folksterki. I bez niepotrzebnej egzaltacji – nie według modelu włóczykija, samotnego wędrowca wiecznie w trasie, Edwarda Stachury amerykańskich bezdroży; lecz spokojnego, pogodzonego z życiem osadnika cieszącego się zachodem słońca obserwowanym z położenia domowego ganku. Nie spotkają nas ze strony Beama rewolucje, czy nawet poważniejsze niespodzianki, natomiast bardzo umiarkowaną zmianę obszaru zainteresowań w obrębie własnego stylu, inne rozłożenie akcentów można zaobserwować. Stopniowo przechodzi Iron & Wine od skromnego lo-fi folku w bardziej nowoczesny jego kształt. Pokornym, ascetycznym The Creek Drank The Cradle zjednał sobie serce niezależnego słuchacza, ale dopiero ujmująco chwytliwym strummingiem Our Endless Numbered Days nieświadomie zapewnił nagraniom radio airplay w amerykańskich alt-stacjach. Oglądając kolejną gówienną hollywoodzką komedię-romantyczną-z-ambicjami (konkretnie komedię romantyczną antykapitalistyczną), gdzie twórcy postanowili pożyczyć parę bardzo ładnych melancholijnych melodii od Iron And Wine, dostrzegłem nawet podobieństwo do przyjaznego songwriterskiego popu Badly Drawn Boya. Tracki Woman King prawdopodobnie do kina nie zawitają, a przynajmniej nie w miłosno-sentymentalnych okolicznościach. Potencjał komercyjny jakby mniejszy – albo mamy do czynienia z rozwodnionym balladry dojrzałego mędrca, coś w duchu późnego Leonarda Cohena w towarzystwie niewiast, albo mini-hipnozami z nerwem jakimś i niepokojem. Zdecydowanie pozostało Beamowi umiłowanie repetycji oraz przystępnych, acz intymnych i niebanalnych melodii.

Michał Zagroba    
1 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie