RECENZJE

Iron And Wine
Our Endless Numbered Days

2004, Sub Pop 6.8

Chociaż folkowa tradycja pobrzmiewała cały czas z mocą w środowisku amerykańskiej alternatywy, wygląda na to, że obecnie jesteśmy świadkami wyjątkowo silnego naporu artystów odnajdujących optymalną formę ekspresji w uduchowionych alt-country'owych songach. Przy czym najistotniejsi nowi wykonawcy starają się wzbogacić wyeksploatowany i wysuszony folkowy język wyrazu, zawierając w tych intymnych zwierzeniach cząstkę własnej artystycznej osobowości, z lepszym lub gorszym skutkiem. W scenę wpisuje się debiutujący dwa lata temu albumem The Creek Drank The Cradle Sam Beam, poczciwie wyglądający brodacz z Miami, ukrywający się pod kryptonimem Iron And Wine. Należy zauważyć, że Beam, będąc częścią ruchu, ukonstytuowanego zresztą niedawno na kompilacji Golden Apples Of The Sun (nad którą pieczę sprawował sam Devendra Banhart), nie dzieli z pozostałymi jego reprezentantami offowego zacięcia – freakfolkowego ascetyzmu emocjonalnie roztrzęsionego Banharta, smakujacej w równym stopniu psych-popem lat 60-tych, co awangardą paranoicznej akustycznej lo-fi surowizny Vetivera czy kosmo-etnicznego pulsu neo-folkowego Espers.

Beam zdaje się prezentować znacznie więcej pokory niż niektórzy jego towarzysze: znajdując błogie ukojenie w marzycielskim Youngu z Harvest albo Drake'u w najbardziej skromnej postaci, mógłby w tym roku wędrować pod rękę z Sufjanem Stevensem raczej, niż paradować w samych gaciach w towarzystwie pojebusa Devendry. Ale mimo, że Iron And Wine nie rzuca słuchaczowi specjalnych wyzwań, Our Endless Numbered Days to alt-country bardziej wartościowe niż późne, epigońskie dokonania wielu zasłużonych folkowych mędrców, cieszących się na razie znacznie większą estymą wśród szerszej publiczności. Beamowi wyjątkowo udaje się nie przekreślić naturalnie zrodzonej aury dostojności i szlachetności jakością kompozycji: Sam zamiast wysilonego południowego dłubania obdarowuje nas paroma niezwykle wyrafinowanymi, urodziwymi melodiami i, wspólnie z siostrą, przeuroczymi harmoniami wokalnymi. Koleś z niesamowitą elegancją snuje swoje smętne poematy, jakby niespiesznie rozpinał niewidzialną pajęczynę dźwięków i mościł własną niszę ekologiczną, gdzie pewien majestat i wykwint ducha pozwoliłyby mu wieść życie odcięte od brzydoty dnia doczesnego.

Od Endless Numbered Days bije ciepło. Przytulne trącanie strun i serdeczny timbre Beama mglą oczy, wyciskając na siatkówce jasny, stonowany odcień. W wyobraźni, widok miast kształtu posiada barwy, czule i delikatnie naniesione na płótno. Kruchymi, wytwornymi, subtelnie zaaranżowanymi panoramami artysta głaszcze słuchacza po głowie, wprowadzając nieznacznie w hipnozę czy też najlżej pojmowany stan transowy. Podłużne akustyczne pasaże przywołują klimat popołudniowej drzemki w bujanym fotelu stojącym przed werandą, na której wzbija się smuga kurzu rozmywająca pole widzenia. Nie mówię tu o jakichś przypadkach somnambulicznych czy katatonicznych, a jedynie o zmniejszonej analitycznej funkcji umysłu, wyłączeniu z otoczenia. Iron And Wine potrafi zamknąć w swojej rzeczywistości odbiorcę, unikając w tym hipnotycznym pieśniarstwie monotonii poprzez odwołanie się do żwawszych country-rockowych patentów i umiarkowane urozmaicenie tkanki aranżacyjnej.

Zwolennicy bardziej poszukujących freaków sceny neo-folkowej mogą nie odnaleźć bliskich im wartości na Our Endless Numbered Days. Jednak w zestawieniu z psychotyczną nieklarownością lub mało inspirującym brzdąkaniem niektórych folkowych pobratymców, dzieło Beama lśni czystą i szczerą urodą.

Michał Zagroba    
20 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie