RECENZJE

Interpol
Turn On The Bright Lights

2002, Matador 8.1

Aha, przesłuchaniu tych szesnastu minut towarzyszyła jeszcze następująca refleksja. Jeśli Interpol EP jest dobrym zwiastunem poziomu nadchodzącego albumu, to właśnie tegoroczne wydawnictwo może być za dwadzieścia lat wskazywane jako jeden z klasyków oddających nastroje pokolenia i takie tam różne pierdoły. By to odczuć, wystarczy posłuchać powalającego "NYC". Oczywiście, Turn On The Bright Lights mogłoby okazać się całkowitym niewypałem, co zaowocowałoby: po pierwsze – moją całkowitą kompromitacją w kontekście tej absolutnej podjarki, po drugie – omawiana EP-ka zyskałaby status cichej klasyki (powiedzmy na miarę Rome Les Savy Fav) i przez kilka następnych lat ludzie wydawaliby niepotrzebnie 2/3 tego, co mogliby przeznaczyć na znacznie dłużej niż 3/2 kwadransa. Jak będzie, okaże się lada chwila.

Powyższe słowa napisał nie tak dawno temu jeden z naszych redaktorów. I raz jeszcze przekonaliśmy się, że próby wyrażania jakichś absolutnych, skrajnie przesądzających problem opinii nigdy się nie sprawdzają. Kiedyś Perry Farrell mówił: "Ludzie albo nas kochają, albo nienawidzą", podczas gdy ja po prostu bardzo lubiłem Jane's Addiction. Dzisiaj nadszedł dzień, w którym obalamy kolejne mity, dementujemy pogłoski, podważamy legendy, wyjaśniamy nieporozumienia, ośmieszamy przepowiednie, oddajemy Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie, wybieramy drogę złotego środka.

Na początek należy zaznaczyć, że są dwa możliwe stany świadomości podczas przesłuchiwania Turn On The Bright Lights. Tych, którzy nie słyszeli Interpol EP lub też odsuwają to przeżycie w niepamięć, taki debiut może bardzo pozytywnie zaskoczyć, co bardziej wrażliwych nawet oszołomić. Inni zawsze postrzegać będą ten album przez pryzmat obezwładniającej EP-ki. I może nie mają racji? Czy nie jest to fucking bezczelne, żeby umieszczać swoje trzy najlepsze utwory na wydawnictwie, które w teorii powinno jedynie narobić smaku na całość?

Do której grupy zaliczam się ja, powinno być jasne. Do drugiej. Mniej więcej na wysokości trzydziestej sekundy otwierającego krążek "Untitled" zrozumiałem, że płyta nie będzie tym arcydziełem, na które czekaliśmy. To nie Interpol podejmie w tym roku wyrównaną walkę z Trail Of Dead, to nie Paul Banks będzie tą osobą, którą najfajniej byłoby spotkać w Nowym Jorku. Opener odsyła wprost do ostatnich dokonań Coldplay. Mówię tu o tych lepszych piosenkach z Rush Of Blood, ale i tak na ich miejscu obraziłbym się za to porównanie, które jednak tak zrosło się w moim postrzeganiu Turn On z "Untitled", że już w tej chwili nie potrafiłbym się go wyprzeć, nawet gdyby Banks przystawiał mi gnata do skroni. Chodzi tu o wolne jak żółw i monotonne pochody gitarowe w teorii kreujące przestrzeń, w praktyce robiące to w sposób najprostszy z możliwych, przez co niemrawo trochę. Z równym skutkiem można postawić robota z wiosłem i zaprogramować mu kończyny na kilka automatycznych (jak to u robotów bywa) ruchów.

Na szczęście to tylko pierwszy kawałek, później, tak na zdrowy rozum, nie ma właściwie na co narzekać. "Obstacle 1" zachwyca post-punkową ekspresją i fantazją w wykorzystywaniu atutu tercetu gitar (mają dwie, ale lubią jedną dograć jak wszyscy), kłujących się krótkimi zagrywkami wzajemnie po tyłkach niczym szpilki toczące śmiertelną batalię. Ja coś takiego rozumiem, to się mnie bardzo podoba. Podobne zalety przedstawia jeszcze chociażby "Say Hello To The Angels" – pozornie radośnie korzenno-punkowy, w rzeczywistości zasługujący na miano "gry kombinacyjnej", nieoczekiwanie nieco urozmaicony strukturalnie.

Rozkosz dla ucha stanowią także liczne akcje zaczepne i rozegrania skrzydłami w takich utworach jak "Obstacle 2" czy "The New". W obu słychać ogromny polot i pomysł na granie, no i posiadają jedną z istotnych cech przesądzających o ponadczasowości piosenek – pierwiastek nieprzewidywalności. Ale oprócz "NYC" i "PDA", kompozycją, która prawdopodobnie najdłużej opierać się będzie niszczącemu działaniu czasu jest dotychczas jedyny epicki utwór w dorobku Interpol, "Stella Was A Diver And She Was Always Down", poruszający już od wypowiedzianego na początku tytułu i melancholijnego wejścia w stylu wczesnych demówek Car Is On Fire.

Obszerne fragmenty Turn On The Bright Lights mniej czy bardziej wprost przywołują dokonania pewnych ważnych grup. Tajemnica powszechnego skojarzenia z Joy Division leży w pokrewieństwie wokalnym Curtisa i Banksa, zazwyczaj dość podobnym brzmieniu sekcji rytmicznej obu grup, ale chyba przede wszystkim w charakterystycznym rozedrganiu i nerwowości atmosfery. Także wielcy z Waszyngtonu są tu obecni, duch Dismemberment unosi się oczywiście w "PDA", ale także w obu "Obstaclach", nie mówiąc już o śpiewie, który na przemian kojarzy się z liderem Joy Division lub Travisem. W szybszych odsłonach udało się także przenieść ułamek energii Les Savy Fav.

Jednak Interpol jest bardziej grupą z własną osobowością, niż żerującą na twórczości innych. Turn On poszerza paletę kolorów we współczesnym gitarowym graniu o jeszcze jedną osobną barwę. A pamiętajmy, że oni dopiero się rozkręcają.

Michał Zagroba    
11 października 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy