RECENZJE

Interpol
Interpol (EP)

2002, Matador 8.8

Wypuszczanie na rynek krótkiej EP-ki na jakiś czas przed ukazaniem się pełnoprawnego albumu to od dawna powszechna praktyka na amerykańskiej scenie niezależnej. Nic innego nie pozostaje młodemu zespołowi chcącemu za wszelką cenę obronić się przed wypadnięciem na zupełny margines zainteresowania, o co w tak fonograficznie płodnym kraju jak Stany Zjednoczone łatwo. No dobra, Built To Spill umieścili bardzo wiarygodny "sneak preview" następnego albumu na samym końcu There's Nothing Wrong With Love, ale co jeśli zespół debiutuje?

Weźmy takie Interpol i Yeah Yeah Yeahs chociażby. Oba te zespoły wydały w tym roku EP-ki trwające odpowiednio szesnaście i czternaście minut. I co? Momentalnie powstał wokół tych grup hype, jakim w czasie całej kariery nie mogłaby się pochwalić niejedna zasłużona kapela. Powodzenie albumów długogrających z miejsca zapewnione. A tak, zapomniałem. Zarówno Interpol jak i Yeah Yeah Yeahs działają w Nowym Jorku – to fakt. Jak wiadomo, mniej więcej od czasów Is This It oczy świata zwrócone są w stronę tego miasta, wypatrując kolejnej wielkiej rockowej eksplozji. Nie wykluczone, że wydatnie przyczyniło się to także do zamieszania wokół wspomnianych zespołów, ale fuck całe garage rock revival. Te dwie króciutkie płytki są po prostu zajebiste.

A Interpol EP wręcz powalająca. Ekscytowanie się krążkiem, który zawiera zaledwie trzy utwory mogłoby się wydawać nadmiarem emocji, ale co z tego – kiedy wybrzmią ostatnie dźwięki "Specialist" jestem już tak wciśnięty w krzesło, łóżko, fotel, podłogę, cokolwiek, że wygrzebanie się by sięgnąć po repeat zajmuje dobrą minutę. Trudno otrząsnąć się z wrażenia obcowania z czymś zupełnie wyjątkowym i niecodziennym.

Kto wie czy w Nowym Jorku nie narodził się właśnie kolejny wielki zespół – spadkobiercy New York Dolls, Television, Suicide czy hm, Talking Heads. Wiem, powyższe stwierdzenie świadczyłoby albo o tym, że mamy tu do czynienia z najwybitniejszym tercetem utworów ostatniego dziesięciolecia, albo redaktora Zagrobę trzeba natychmiast odwieźć na konsultacje laryngologiczne. Tak naprawdę: ani jedno, ani drugie. W muzyce z Interpol EP drzemie po prostu ogromny potencjał, wybitność. Ten młody zespół bez wątpienia posiada już własny styl i jest to styl niebagatelny. Ok, "PDA" brzmi trochę jak skrzyżowanie Change Dismembermentu ze Smiths, porównania do grupy Curtisa oraz innych nowofalowych bogów także wydają się jak najbardziej na miejscu. Oprócz tego ktoś wspomniał jeszcze Clinic – jak najbardziej, "NYC" i "Specialist" mogłyby kojarzyć się z najwspanialszymi fragmentami Internal Wrangler. Mimo to, Interpol pozostaje oryginalny jak cholera, wystarczy chociażby posłuchać tych wspaniałych aranżacji, tworzących złudzenie jakby piosenki dosłownie unosiły się w powietrzu.

Aha, przesłuchaniu tych szesnastu minut towarzyszyła jeszcze następująca refleksja. Jeśli Interpol EP jest dobrym zwiastunem poziomu nadchodzącego albumu, to właśnie tegoroczne wydawnictwo może być za dwadzieścia lat wskazywane jako jeden z klasyków oddających nastroje pokolenia i takie tam różne pierdoły. By to odczuć, wystarczy posłuchać powalającego "NYC". Oczywiście, Turn On The Bright Lights mogłoby okazać się całkowitym niewypałem, co zaowocowałoby: po pierwsze – moją całkowitą kompromitacją w kontekście tej absolutnej podjarki, po drugie – omawiana EP-ka zyskałaby status cichej klasyki (powiedzmy na miarę Rome Les Savy Fav) i przez kilka następnych lat ludzie wydawaliby niepotrzebnie 2/3 tego, co mogliby przeznaczyć na znacznie dłużej niż 3/2 kwadransa. Jak będzie, okaże się lada chwila.

Michał Zagroba    
26 sierpnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja