RECENZJE

Interpol
Antics

2004, Matador 6.5

W pewnej recenzji wspominaliśmy o zasadach zabawy "w płyty". Mam tu coś do dodania. Wraz z kolejnymi partiami słowo "gra" nabrało dla mnie nowego znaczenia. Nie kojarzy się już tylko ze sportem, z Quake'iem, z dziwnym filmem. Ale i z absolutem. Wszystko za sprawą redaktora Zagroby. Niby ktoś już w historii gry puszczał jakieś dwadzieścia trzy ostatnie sekundy Abbey Road, jakieś Je Suis France'y, jakieś Murcofy (wymienienie tych wszystkich nazw w jednej linijce jest oczywiście żartem). Tak naprawdę to Michał wziął i pozamiatał. Przynajmniej dla mnie; idealnie (czyli tak, że lepiej się NIE DA) wyczuł w co przyodziać ciemność jego salonu, wiedząc skądś, że już od pół roku przymierzam się do ponownego przesłuchania najlepszego utworu tej grupy. No i usłyszeliśmy "Specialist". Mam wrażenie, że to będzie tych niespełna siedem minut roku, które będę pamiętał.

Jakim cudem Interpol nie zdecydował się umieścić tej dziesiątki na Turn On The Bright Lights, nie dowiemy się. Jak dla mnie to największa zagadka dotycząca grupy. Reszta jest w miarę klarowna: jako młode wilki wysmażyli jeden z debiutów dekady, jako wypaleni gwiazdorzy ledwie wymęczyli właśnie album bardzo dobry. Może z tymi gwiazdorami to przesada: Paul został Paulem a Sam Samem. Ale właśnie, coś takiego jak "Paul" czy "Sam" zaczęło szeroko w języku funkcjonować: Nowojorczyków odbiera się jako zespół kultowy. Polska ochoczo wzięła sobie to zjawisko do serca, nadmuchując interpolizm do rozmiarów dotąd niespotykanych w naszych skromnych progach alternatywy. Kiedyś nawet w dyskusji o pojawieniu się nad Wisłą czegoś takiego jak Modest Mouse (Good News – "nowa płyta nowego zespołu") ktoś z redakcji wyraził swój optymizm zdaniem "ale ej, do Interpolu chyba nie dojdzie, spokojnie". Owszem tak się nie stało, uff, ale czemu akurat do Interpolu miało nie dojść, a nie do Hot Hot Heat czy też Trail Of Dead?

Jak widzę, przygotowaliście się na totalne zrównanie interpolizmu z ziemią. Tymczasem: e-e. Rozumiem bowiem to zjawisko (choć naturalnie go nie popieram). Zwróćcie uwagę: odziany w garnitury kwartet jak mało który zespół w historii potrafi zaadoptować swoje utwory do melancholijnej części naszych żyć. Przynajmniej mojego; lwią część tychże momentów spędzam odgrywając w głowie któryś ze stunnerów Turn On The Bright Lights. Stunnerów? Hm, patrząc obiektywniej, pewnie nie da się uznać debiutu kwartetu za krążek wypełniony piosenkami w pełni zasługującymi na to miano. Ale rozważając Weltschmerz czy też słowa szóstego tracka na Satanic Panic In The Attic nie zważa się na to, wierzcie mi. Zresztą domyślam się, że wielu spośród czytających to podziela tę przypadłość. Styl, który Banks i spółka wynaleźli, w znacznej mierze nie jest ich własnym, jest za to naszym stylem. Sięga gdzieś głębiej. Pomyślcie, jak wyglądałby gdzieś na etapie liceum wasz zespół marzeń. To właśnie na tyle mroczny ma być wokal ("bo Curtis to przesadzał, no sorry"), tyle potrzeba też gitar grzmocących, tyle i giętko wcinających się, tyleż delikatnych. To wszystko rozpuścić w smutnym feelingu, wpaść na jakąś cool nazwę. No wypisz wymaluj to ci panowie właśnie. I z Turn On The Bright Lights, i z Antics.

Nowy album utwierdzi zatem fanów w wyznaniu, czy też – w najłagodniejszym przypadku – w słabości do Interpolu. Mozolnie będą oni próbowali przebić się przez zawiłe poszukiwania tego, co tak łatwo przychodziło zespołowi podczas pisania piosenek do TOTBL. W końcu zwycięży argument pod tytułem "no ale przecież to ich płyta jest". Jadą po swojemu, czego chcieć więcej? To chłodnego obserwatora szybko ogarnie fala zwątpienia: o co chodziło w openerze "Next Exit", najgorszej piosence kwartetu? O przyjemne w formie otwarcie w pierwszych kilku jego sekundach i bezowocne balladowe sranie-w-banie w całej reszcie? Dlaczego niemal każdy utwór ma fragmenty wymuszone, bierne, dlaczego większość zawiera nienaturalne, fałszywe ozdobniki, rodem z równań, obliczeń? Dlaczego nie ma epickiego followera do "Stelli"? Dlaczego Turn On The Bright Lights i Antics dzieli przepaść?

Osobiście lokuję się po środku obu stanowisk. Z jednej strony zaczynam przyjemnie topnieć gdy wpada do mnie Banks ze swoją, heh, postacią. Charyzmą i enigmatycznością. Z gitarami Kesslera jest jak z pomarańczami: nie muszą być świetne, by samą swoją wonią umilać byt. A kiedy powyższe dwie najbardziej esencjonalne cechy Interpolu spełniają się w takich momentach jak to zabójczo melodyjne zaplątanie po mostku w "Take You On A Cruise", jesteśmy w domu. Albo weźmy "C'Mere", mój faworyt krążka. Od pierwszych chwil czujesz to znowu. Przechodzenie od wyśmienitego do wyśmienitego odbywa się płynnie i, pomijając słabiutki refren, bez przerw, w tym wszystkim witamy entuzjastycznie chwilowy powrót najszczerszego, post-punkowego chuchu (cały album jest go pozbawiony). "It should be me-e" zaległo mi pod czaszką między adresem domowym a treścią pierwszego smsa od pewnej znajomej.

Hola hola. Skoro już było mówione o "Take You On A Cruise", przyjrzyjmy się kolejnemu, singlowemu "Slow Hands", podpowiada sumienie. Że żywiołowy, że z jakimś tam zacięciem, to prawda. Ale że pozbawiony atrybutu treści? Pierwsze i jedyne skojarzenie, jakie budzi, to rytm. Dobre i to, przynajmniej w razie potrzeby (acz wątpliwym jej wystąpienie) utwór ten łatwo wyłowić pamięcią z rozmytej mieszaniny, jaką tworzą kompozycje Antics. Członkowie Interpolu usilnie pracowali nad nimi, by wydobyć maksimum z tego w dużej mierze przeciętnego potencjału. Trudno jest ocenić w jakim stopniu płytę wyciągnięto w ten sposób w górę; wiadomo natomiast, jak znacznie go zagmatwano. Szalone kombinowanie nie materializowało się w jakiś wymyślny sposób, znane to tricki – częste zmiany tempa ("C'Mere"), ściany dźwięku (jak w podążającym ku zwolnionej końcówce "Rolanda" zwieńczeniu "Public Pervert"), eksponowanie mającej przysporzyć energii perkusji (choćby to napięte nabicie "Not Even Jail") lub wnoszącego konkret basu (znów "Public Pervert"). Miało to sprawić wrażenie post-punkowej miniatury Six, zdaje się, ach, tyle mają motywów, że jeden goni drugi. Byłoby *miło*, ale jest inaczej – pomysły nierzadko doczepiane są do siebie siłą i niesprawnie.

Inna sprawa, że poza openerem trudno byłoby wskazać fragment tak wyraźnie średni. Dominującą na płycie tendencją jest bowiem przeplatanie licznych wcale przebłysków z nie wnoszącą niczego watą. A faktem zgrabnie podsumowującym Antics jest umieszczenie jako closera "A Time To Be Small", piosenki wydanej już trzy lata temu na EP-ce Precipitate. Tak! Tę istotną rolę powierzono kawałkowi, który na Turn On The Bright Lights zwyczajnie się nie zmieścił. O nieco podrasowanym brzmieniu, zmiękczony, jak ulał pasuje jako silne zakończenie drugiej płyty zespołu, któremu nie udało się utrzymać aktualności wielkich porównań. Za to ma Interpol jedną dużą zaletę: jest.

Jędrzej Michalak    
31 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja