RECENZJE
Internet

Internet
Ego Death

2015, Odd Future 6.7

Poczynania Syd The Kyd oraz Matta Martiansa pod szyldem The Internet są na tyle charakterystyczne i barwne, że od samego początku zakodowały się w mojej głowie. Mogę nawet przyznać, że są dla mnie "pewniakami", bo ilekroć wracam do poprzednich płyt czy po prostu zderzam się z randomowymi wycinkami z ich dyskografii, to zawsze jest to doświadczenie z gatunku przyjemnych. Zawsze byli tym najbardziej urokliwym ogniwem Odd Future, zawsze też byli najbardziej "odd" w porównaniu z resztą. Mieszali kawiarniane r&b i ciepło soulu z beatami śledzącymi nowości i nowinki, szukali wsparcia w psych-popie i jazzie, nie zdarliby sobie z pleców wlepki "hip-hop", nie chowali groove'ów do szuflady, zwracali uwagę poptymistów wykrojonymi singlami "Cocaine" czy "Dontcha", ale chyba ostatecznie porwało ich "żywe granie", co mialo miejsce już na drugim wydawnictwie. Debiut Purple Naked Ladies owszem, był manifestem duetu Kyd/Martians, ale jedną ręką trzymał się paradygmatu skreślonego przez ekipę Tylera, Feel Good zaś wrzucił cała naprzód w kierunku Erykah Badu, funkowych jazd czy nieskrępowanej "radości z gry". Wymuskane, błyszczące jak nowiutkie 5 złotych jamy przewodzą również na trzecim już (jak ten czas leci) regularnym longpleju ansamblu (bo nie zapominajmy o pozostałych ziomkach ze składu) z Miasta Aniołów. Tak wybrali, tak czują, tak się sprawy mają, a ja z przyjemnością zasiadłem do odsłuchu z otwartym sercem, ale i z włączonym czujnikiem malkontenctwa oraz z Choose Your Weapon w pamięci.

Można nazwać Ego Death logiczną kontynuacją poprzedniego LP, ale to tak logiczną, że jeśli pomieszać tracki z obu krążków, to trudno będzie się połapać, który numer jest z którego dysku. I właściwie tutaj Internet mnie trochę zawodzi, bo to przecież Internet − powinien ewoluować, sięgać dalej, otwierać się jeszcze bardziej, a tymczasem mamy zastój. Ktoś powie, że przecież jest Kaytranada w "Girl", a w "Go With You" rapuje Vic Mensa. Oczywiście są, ale to klasowe i modne nazwy, które świetnie zasymilowały się w mikro-świecie dwójki z Odd Future, jak dla mnie wciąż tkwiącej w 2013 roku, a najnowszy album brzmi jak drugi, pełnoprawny dysk Feel Good. Znowu więc jest przyjemnie, miło i mamy kolejny soundtrack do relaksu w niedzielne popołudnie, choć z tej strony trzeba to zakwalifikować jako wadę. No ale z drugiej to są świetne kawałki − właściwie jeden po drugim lecą tak rozleniwiające i umilające letni czas wałeczki, że prawie wszystko im wybaczam. Wystarczy, że zagracie mi ten oddychający letnim wiaterkiem "Under Control" i składam broń, a nawet jestem skłonny negocjować warunki pokojowe. Albo gdy do moich uszu dojdzie "Something's Missing", który zmusza mnie do zastanowienia się, czy Lisa Shaw nie nagrywa przypadkiem czegoś nowego. W ogóle jak słyszę głosik Syd, choćby w najpierw bujającym bicie, a później pociągniętej gitarą balladzie "Just Sayin / I Tried" lub na tle lekko zardzewiałych loopów "Partners In Crime Part Three", to już jestem kupiony. Wyobrażam sobie czasem, że Syd The Kid chce odetchnąć od Matta i postanawia nagrać album stricte komercyjny, dobiera sobie do towarzystwa jakiegoś Kurstina czy Pharella i nagrywa krążek na poziomie wiekopomnego debiutu Cassie. Opener Ego Death pokazuje, że wszystko jest możliwe, gdyby to trochę podkolorować. Wtedy nawet tekst "Now she wanna fuck me / Live a life of luxury, models in my money trees" całkiem nieźle by zatrybił. Ech, pomarzyć można.

Ale zaraz trzeba wrócić na Ziemię i zderzyć się z rzeczywistością, od której się nie umknie. Więc może to i dobrze, że jest nowa płyta od Internet. W końcu przed pierwszym seansem, znając tylko single, myślałem, że oprócz kilku fajnych kawałków do pobujania za wiele dobrego z tego nie wyniknie, a tu się okazuje, że całkiem sporo fragmentów to trafienia. Nawet jeśli "Gabby" brzmi jak drugi numer z singla z dwiema stronami A (pierwszym byłby oczywiście "Dontcha"), albo nawet jeśli "selekcja materiału" nie jest najmocniejszą stroną formacji, albo nawet jeśli średnio zajmuje mnie (całkiem jednak przyjemny) g-funkowy closer z Tylerem, to i tak nie zawiodłem się na Ego Death. Co prawda w tym roku częściej słucham i będę słuchał Hiatus Kaiyote, jeśli chodzi o płyty "w tym stylu", ale nagrać trzy świetne krążki po kolei w tych czasach to duża sztuka. Tak że szanuję, pozdrawiam i życzę stałego dostępu do w-fi-natchnienia.

Tomasz Skowyra    
4 sierpnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie