RECENZJE

Infinite Body
Carve Out The Face of My God

2010, Post Present Medium 7.0

WS: A to ci dopiero, więc w LA to nie tylko post-pop, nie tylko modern-funk, ale i osadzone w tradycji, apatyczne drony. Ucieczka z Nowego Jorku trwa więc w najlepsze, nie ma bata, ani tym bardziej Kurta Russella. Jest za to Kyle Parker, który na swoim eleganckim, konkretnym sofomorze wpycha depresyjny shoe-fenneszowy ambient w klasycyzujące ramy. Innowacji zatem nie ma, ale nudy na szczęście też nie, zwłaszcza że do głosu dochodzi tu także dostojeństwo Stars of the Lid i Tim Hecker szalejący ze szlifierką. Do niewątpliwych plusów Carve Out The Face Of My God możemy zaliczyć umiejętne wyważenie proporcji między skwierczącym, nieco odpychającym noise'm a medytacyjnym, urokliwie sączącym się z soundsystemu dronem. Niestety, mimo starań Parkera i moich szczerych chęci, nie oddałem Infinite Body duszy, tylko czas.

KFB: A więc to tak wygląda Kyle'a Parkera soundtrack do zbliżającej się wielkimi krokami apokalipsy, dobrze wiedzieć. Jak się gra drone i noise to z założenia ta muzyka powinna chyba być dziwna, smutna, melancholijna i tak dalej, więc ciężko być specjalnie zdziwionym. Na Carve Out The Face Of My God pochodzący z naszego ulubionego miasta w Stanach kompozytor sprawnie nawiązuje do ogranych heckerowskich patentów i nie wychodzi na tym źle, jednak jego album chyba zbyt szybko odsłania wszystkie atuty i każdy kolejny seans z nim, miast stanowić kolejną próbę ułożenia frapującego zestawu puzzli, jawi się raczej jako lekka strata czasu. Oczywiście sporą winę ponoszą obecne warunki pogodowe – komu chce się słuchać teraz takich rzeczy, temu naprawdę szczerze współczuję. Niemniej na nocą posiadówę z Drogą McCarthy'ego płyta Parkera nadaje się jak mało co.

PM: W gąszczu płyt solidnych, dobrych czy nawet fantastycznych coraz trudniej ostatnio o takie naprawdę piękne. Wiadomo, że bez mocnych kompozycji żaden fragment muzyki nie jest w stanie wytrzymać próby czasu (w mikro i makro-skali, czyli czterdziestu minut na słuchawkach oraz lat sporadycznych powrotów do podstawki pod piwo / ciągu bitów), ale w przeszłości chyba jednak częściej szły one w parze z oryginalnymi środkami artystycznymi i niebanalnym brzmieniem. Zawarty na Carve Out the Face of My God delikatnie zgrzytliwy ambient nieśmiało wzdycha ku epoce, gdy końcoworoczne podium płyt zgarniały hipnotyczne eksperymenty pokroju Disintegration Loops, a z pojęciem "wymiatającej elektroniki" bardziej kojarzył się Fennesz niż Munk. Czyżby wczesne zerowe były już wystarczająco "retro" by ponownie zaistnieć w świadomości twórców i krytyków? Trochę żart, aczkolwiek Infinite Body konkurować potrafi momentami nawet z protoplastami swojej stylistyki. Natchniony, sunący w przestworzach drone-IDM, głęboki i zwiewny zarazem, tak monumentalny jak i bezpretensjonalny.

MHJ: Tracisz rachubę, kto na skrzyżowaniu równorzędnym ma pierwszeństwo i co robić na sygnał czerwona rakieta. Brak pigmentu, by rozprawiać o Sylwetkach X Muzy, DKF i tak ma już nadkomplet. Kyle Parker alias Infinite Body daje ostrzegawczy znak, że czas na alternatywę New Age'u. Dostajesz wstęp na hipnotyczną sesję, odprawianą wytrawną ręką mistrza shiatsu. Rezydent LA, wywodzący się z żebra noise'u, zabiera głos w kwestii globalnego ambientu. Wynikają z tego rozgorzałe wodospady, nieskażone ostrym bitem, werblem pozornej monotonii przywracające do łask zdrowie spiłowanych zmysłów. Do przemyślnych, samplerskich robótek, Parker używa między innymi przebranych, wysokiej jakości dźwięków, nagranych z natury. Zdając się na inne cudowne remedia, nie odzywa się ni słowem, jak zrobił to ostatnio Eluvium. Nieinwazyjne jak ziołolecznictwo! Słaby napar stosować do lewatyw, mocniejszy – zewnętrznie, do wcierania i okładów.

Magda Janicka     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek     Wojciech Sawicki    
29 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja