RECENZJE

Indigo Tree
Blanik

2010, Antena Krzyku 5.4

JB:

Skok po złoto!


Duet z Dolnego Śląska potwierdza moją ulubioną tezę: "dobre, bo polskie". Blanik to artystyczne salto-mortale: awangarda spotyka tu, ostatnio modne, lo-fi i psycho-folkowe rozwiązania znane z albumów bożyszczy alternatywy – Animal Collective. Całość jest nietuzinkowa, dopracowana i, doprawdy, poruszająca, stąd nic dziwnego, że ten młody zespół ma już na koncie liczne nagrody i wyróżnienia (włącznie wARTo – przyznawanym przez Gazetę Wyborczą). Wieńczące tegoroczne arcydzieło "Iwishweturnedintotrees", rozwiewa wszelkie wątpliwości – Indigo Tree to zespół poszukujący i ambitny, którego piosenki brzmią, jak gdyby były nagrywane bezchmurną nocą na pustyni w Arizonie – a nie w domku w Sudetach. Blanik to również dowód na to, że młode pokolenie perfekcyjnie opanowało język angielski i może już niedługo osiągnie sukces zagranicą. Mam jednak nadzieję, że zanim to nastąpi uda mi się wreszcie zobaczyć Indigo Tree "na żywo" – do czego i Państwa namawiam.

Stary Pierdziel z Losowego Tygodnika

"Znowu w życiu im nie wyszło


Indigo Tree to prawdopodobnie najbardziej smęcący zespół w całym Polandzie. No helooł, jak oni smęcą! Ja tam Sunny Day Real Estate poznawałem w starszakach i teraz, gdy przyszedł czas na "drinki z palemką" i "hawajskie koszule", już mnie to nie rusza. Trójka to łyknie – sponio, ale ja tam w "Hardlakes" słyszę zrzynę z Have A Nice Life (końcówka, ziomy!) a w następnym – "Lovegaps" to chyba Avey na featuringu, bo nie ogarniam. Wiadomka, wciąż to lepsze niż jakieś prog-rocki naszych ojców, ale, wiecie... LASKI NA TO NIE POLECĄ (więc na chuj tyle tych koncertów?)!

Zajebisty Ziom z Losowego Portalu

Po lekturze fikcyjnej prasy, redaktor Błaszczak wypośrodkował opinie, po czym, w poszukiwaniu siwych włosów, udał się do łazienki.

JM: Nie widzę powodu dla którego Indigo Tree mieliby zrobić karierę za granicą – imperialiści mają już swoje Here We Go Magic, Woods oraz setki podobnych im zespołów dla kruchych dusz. Na tle wymienionych grup piosenki wrocławian wypadają średnio, acz trzeba przyznać, że w Polsce nikomu nie udało się tak bezpośrednio nawiązać do popularnego w USA nurtu – no bo przecież nie tym nudziarzom z Iowa Super Soccer. Najciekawszy fragment krążka to dla mnie "Silent Souls", gdzie ujarzmiony Hood obwąchuje Homo Sapiens. Nawet do tego utworu nie chce się jednak specjalnie wracać, nie wystarcza mu na to charyzmy. Generalnie łapię się na zawyżaniu ocen płyt polskich artystów, ale w tym wypadku zupełnie nie ma skąd zaczesać pożyczki. A porównania do Causers (sam takie widziałem!)...ekhem. .

RG: To szalenie miłe, że w Polsce są takie zespoły jak Indigo Tree, które mogą grać mnóstwo koncertów i nagrywać takie płyty jak Blanik. Problem w tym, że ja jako odbiorca nie jestem w ogóle zainteresowany zjawiskiem. Serio, propsy za kombinowanie, wydawanie i trzymanie się profilu, ale ja ostatnio nauczyłem się jak się robi budyń (i przypala mleko), spotkałem się ze starymi znajomymi, działo się mnóstwo innych fajnych spraw, a ta płyta zamiast pomagać, tylko przeszkadzała. Nie była w żadnym stopniu przeżyciem artystycznym, soundtrackiem mojego życia, była czystym niczym.

ŁK: Tym razem się nie wyłamuję, ta płyta u mnie też wzbudza niewielkie emocje. Ale jedno trzeba Indigo Tree przyznać – świetne opanowanie estetyki. Wszystkie utwory na Blaniku mieszczą się w zdecydowanie zdefiniowanych granicach tego, czym jest muzyka tego projektu. W czerniach i szarościach duet maluje swoje rozpoznawalne minimalistyczne utwory, które są trochę odartym z grubych faktur dream popem, trochę smutnym folkiem, trochę slow-corem i zupełnie Indigo Tree. Ale pod tą dopracowaną powierzchnią nie kryje się jakiś szczególnie fascynujący materiał. Introwertyzm i surowość Blanika sugeruje, że potrzeba kilku przesłuchań, żeby odkryć wszystkie walory płyty. Rzeczywiście tak jest, niestety tom do czego można się dokopać, nie jest na tyle imponujące, żeby radzić poświęcanie czasu na odkrycia. Mało który track na płycie w jakikolwiek sposób się rozwija, preferując raczej zawieszenie w powietrzu i tworzenie nastroju. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby elementy, których używają Indigo Tree były ciekawsze, niestety prosty bas i miauczący wokal potrafią szybko stracić świeżość. Większość piosenek to na szczęście raczej miniatury, ale kiedy duet wydłuża dystans, tonie w irytującym melodramatyzmie ("Silent Souls"), albo obnaża ubóstwo stosowanych chwytów ("Iwishweturnedintotrees"). To ciągle solidna płyta, szczególnie uszkodzona ambientowa piosenka "Lovegaps" wyznacza drogę dla potencjalnego przyszłego sukcesu duetu. Następnym razem proszę mniej obietnic, więcej satysfakcji.

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
25 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie