RECENZJE

Inc.
no world

2013, 4AD 8.2

Ewolucja muzyczna braci Aged to niewątpliwie jedno z najbardziej interesujących zjawisk w świecie "naszej" muzyki na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Od momentu, w którym po raz pierwszy usłyszeliśmy o tym projekcie, do wydania debiutanckiego albumu minęły niemal równo trzy lata. W trakcie tego okresu wydarzyło się sporo – poza kosmetyczną zmianą nazwy dość mocno zmienił się przede wszystkim kierunek muzycznych poszukiwań braci. Jeszcze jako Teen Inc. mocniej skupiali się na zabarwionym progową fascynacją retro-funku, w którym w takim samym stopniu jak przebojowość liczyła się matematyka. Z dzisiejszej perspektywy widać, że był to jedynie niewielki wycinek ich twórczości, która błyskawicznie zaczęła wymuszać poszukiwanie nieco innych już punktów odniesienia. Wraz z wydaniem 3 EP Andrew i Daniel pokazali, jak powinno się w dzisiejszych czasach stylowo odrabiać pracę domową z 80s. Ten przykrótki materiał stanowił fantastyczną i – na tyle na ile to możliwe w obrębie niespełna czternastu minut – z wszech miar różnorodną przystawkę przed pierwszym studyjnym LP, choć dziś nie wydaje mi się, aby te albumy łączyło jakoś bardzo dużo jeśli idzie o kwestie samej muzycznej stylistyki.

Nie przesadzę jeśli powiem, że w takim samym stopniu jak 3 EP było 80sowe, tak no world zdaje się odnosić się do wszystkiego, co dobre w pościelowym r&b następnej dekady. Chociaż ten kierunek mocno sugerowały dwa potężne single zapowiadające debiut, to pamiętając o wcześniejszych nagraniach braci trudno było cokolwiek jednoznacznie przesądzać. Niewątpliwie "The Place" i "5 Days" to utwory w pewien sposób z jednej bajki, choć na płycie, zgodnie z przewidywaniami, dominuje spodziewany eklektyzm, jednak utrzymany w obrębie dosyć konkretnej filozofii twórczej. Źródeł tego podejścia lubię szukać – chyba podobnie jak nasz naczelny – w bogatej sesyjnej karierze braci, którzy terminowali u tak różnych od siebie gwiazd jak 50 Cent, Elton John, Beck, Saadiq czy Pharrell. I jestem przekonany, że echa współpracy z tymi postaciami pobrzmiewają w różnych miejscach no world, nawet jeśli chwilami ciężko je zidentyfikować.

Niezwykle ciekawe jest to, że przy tych dość oczywistych ogólnych skojarzeniach z gładkim r&b są na tym albumie momenty, które odsyłają w zupełnie przedziwne kierunki. Intro "Black Wings" zaszczepia niepokój znany z 90sowego kanonu 4AD, a jednocześnie nie potrafię wyzbyć się głupiego skojarzenia z pierwszymi sekundami… "Angry Chair" Alice In Chains. Jednak to, co prawdziwie zjawiskowe, pojawia się tu dopiero w refrenie, gdzie na przestrzeni kilku akordów czuję się jakbym słyszał George’a Micheala z okresu Older dogrywającego się na Mezzanine. Z kolei "Desert Rose” nie jest wprawdzie coverem wielkiego singlowego hitu Stinga sprzed lat, ale brzmi jak Miguel przerabiający coś z debiutu Modest Mouse. Oniryczne "Careful” w idealnym świecie mogłoby być takim "Stranger In Moscow” epoki post-chillwave’u – to rozpływająca się w uszach ballada idealna, za którą dałoby pokroić się wielu, z R. Kellym, D’Angelo i Frankiem Oceanem na czele.

Jednak sporo tu też piosenek, na które byliśmy w jakimś stopniu przygotowani i których po Inc. chyba mogliśmy się spodziewać. "Lifetime" wyróżnia się charakterystycznym "barowym" klimatem, który przypomina niektóre fragmenty Twilight As Played By The Twilight Singers, ale show kradnie tu ten niepozorny refren i porywający mostek, któremu chyba najbliżej do dokonań Prince’a ze wszystkiego, co stworzyli do tej pory Andrew i Daniel. "Trust (Hell Below)” to z kolei mentalny kontynuator kierunku ze "Swear”, którym spokojnie nie pogardziłby Maxwell na swoim debiucie, a "Seventeen" w poszukiwaniu punktów wspólnych prowadzi do ostatniego longplaya Aaliyah.

Wybaczcie, ale słuchając no world po prostu nie potrafię uwolnić się od tego typu skojarzeń, dlatego "tłumaczenie” utworów Inc. językiem 90sowej historii wydaje mi się optyką cokolwiek kuszącą. Wachlarz tych inspiracji zdaje się doprawdy nie mieć końca i nie ogranicza się tylko do r&b, trip-hopu i downtempo. A przecież oprócz tego w skład no world wchodzą także dwa cudowne single, które słyszeliśmy wcześniej i które w tak eklektycznym zestawie zdają się świecić jeszcze wyraźniej. Szczególnie odnosi się to do niepozornego "The Place”, co do którego już na początku przyjęliśmy założenie, że musi być album trackiem, a tu niespodzianka, bo po paru miesiącach ten refren wciąż brzmi jak doskonale kojąca mantra, której nigdy nie będę miał dosyć. Oprócz dziesięciu regularnych utworów są tu także dwie miniaturki – wsparty żywą perkusją rozdygotany soulowy jam "Your Tears” oraz wieńcząca album "Nariah’s Song”. Ten drugi to jedyny instrumentalny kawałek w zestawie, być może "punkt wyjścia” do dalszej muzycznej twórczości braci, ale to już historia oceni.

Inc. mieli swoim debiutem zmienić oblicze gry, ale jeśli coś takiego rzeczywiście będzie miało miejsce, to raczej tylko i wyłącznie w skali mikro. Nie jest to w żadnym wypadku album przeładowany znaczeniami i kontekstualną nadbudową – to raczej skromny triumf songwriterskiego kunsztu w czasach totalnego popkulturowego pomieszania z poplątaniem na tak wielu płaszczyznach. Dawno nie słyszałem artystów, którzy w tak wyborny sposób potrafiliby zaadaptować szeroki zestaw 90sowych kliszy do naszych czasów i stworzyć w tej estetyce coś brzmiącego tak wyjątkowo współcześnie. no world to fascynujący muzyczny świat, w którym naprawdę chciałoby się żyć na co dzień.

Kacper Bartosiak    
18 lutego 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie