RECENZJE

inc. no world
As Light As Light

2016, No World 6.9

Czasem zastanawiam się, czy tak odklejona od rzeczywistości, "nie z tego świata", ekspresja artystyczna jest jedynie obłudnym eskapizmem czy może jeszcze została w ludziach przestrzeń nieskażona ironią. Czy kategoria "szczerości" w ocenie dzieła jest cokolwiek warta? Chciałoby się powiedzieć, że nie. Liczy się efekt finalny, synergia składników, przyjemność doznań. Podejrzewam jednak, że im bardziej nieznośnie sarkastyczny uśmieszek gości na twarzy ironizujących, tym bardziej chcieliby oni jeszcze raz podobnie dziewiczych uczuć doświadczyć.

Celowo nie zaczynam tekstu od przybliżenia duetu. Nie trzeba szczególnie wnikliwie studiować Porcys, aby wiedzieć, ile ta muzyka znaczy dla obecnego wcielenia serwisu. Wystarczy tylko wpisać te trzy literki w wyszukiwarkę i spojrzeć na liczbę wyników. Ciągłe obserwowanie ewolucji dopiero po pewnym czasie pozwala zorientować się, jak daleką przeszło się drogę. Może już za późno na te "odkrywcze" spostrzeżenia, ale chciałbym spojrzeć na ten projekt bez zbytniego przywiązania i nadętego historiozoficznego zacięcia.

Jeśli "A Teardrop From Below" zaczyna się tam, gdzie kończył się wyśmienity no world, to drugi album zespołu, teraz z dopisanym do nazwy tytułem tego pierwszego, rozbrzmiewa zgodnie z przewidywaniami. Gitara Andrewa, która tak często niknęła w rozmytym, mglistym miksie, przez większość czasu gra pierwsze skrzypce i nadaje ton opowieści snutej przez braci Aged. Elementem debiutu było powietrze, tym razem natomiast mamy ziemię i roślinność. Obłoki ze smutnego nieba skraplały się, tworząc niesłychanie delikatną strukturę dzieła z 2013 roku. Obecnie wszystko jest jakby sztywniejsze, trwalsze, mocniej trzymające się gruntu. Duchem jednak jest to ciągle ta sama muzyka.

Tym co spaja oba długograje inc. jest woda. Przewijająca się w warstwie tekstowej, ale przede wszystkim nadająca odpowiedni ton i flow całości. Od eterycznego intra w postaci "Hymn 1" wiemy, że jesteśmy w domu. Nie sposób jednak rzetelnie opisać tego materiału bez zaznaczenia bardzo wyraźnego rozłamu As Light As Light na dwie części, tak jak to było na porządku dziennym w epoce winyli. Ta pierwsza to bezpośrednia kontynuacja drogi znanej nam od lat – niewiarygodnie kunsztowne, pościelowe, ale uduchowione r&b, na poziomie szczegółu peregrynujące w różne obszary; od mantrowego "The Wheel", przez stopniowo rozwijające się szkieletowe "Without Water", po nienachalnie muskające sophisti "Watch This Dream". Utwory poziomem bez problemu dorównujące no world, nieco prostsze w warstwie rytmicznej, nieco bardziej konwencjonalne aranżacyjnie, ale wciąż rewelacyjne. Najeżone subtelnymi hookami perełki, które leczą duszę. No, czego chcieć więcej?

Coś jednak pęka wraz z początkiem "In Love". Choć nie jest to zła piosenka, to jej bezpruderyjna niemal ogniskowość jakoś mnie mierzi. Podobnie jest z każdym dalszym indeksem. To bezpośrednie, jeszcze bardziej odchudzone oblicze inc. nieco mnie niepokoi. Nie jest to nawet kwestia tego, że materiałowo druga strona wydaje mi się jako zwyczajnie słabsza, uboższa melodycznie, nudniejsza. Martwi mnie, że ta prostoduszna, zupełnie naga twarz braci Aged nie potrafi dotrzeć do mojego zmarzniętego serca i zwyczajnie mnie drażni. Oczywiście nieco dramatyzuję, folkujące "For The Leaves" czy zamykający ładną klamrą "Hymn 2" ciągle ruszają we mnie pewną strunę, ale tendencja jest zauważalna.

As Light As Light, ostatecznie wprowadza mnie w lekką konsternację i pozostawia z pytaniami zarówno o przyszłość muzyki naszych ulubieńców z Los Angeles, jak i o własną kondycję. Duchową, bo stan tej fizycznej znam niestety aż za dobrze.

Antoni Barszczak    
27 września 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie