RECENZJE

I'm From Barcelona
Let Me Introduce My Friends

2006, Dolores 2.2

Pamiętacie to? Nawet gdybym zapomniał o tym dziejowym klipie, nie mógłbym o nim nie pomyśleć przy okazji oglądania teledysku do piosenki "We're From Barcelona" zespołu I'm From Barcelona. Na jednym i drugim filmiku osoby wyglądające na pacjentów szpitala psychiatrycznego równie nieudolnie udają, że umieją śpiewać. Przy czym cały dowcip polega na tym, że w wypadku klipu ze stadionu od początku chodziło o swego rodzaju żart, bo śpiewający to najgorsi wokaliści którejś z holenderskiej edycji Idola. Tymczasem, o zgrozo, drugi teledysk jest deklaracją artystyczną wspomnianej szwedzkiej grupy, która, o zgrozo po raz drugi, w pewnych kręgach zyskała uznanie, a na wiadomo jakiej stronie nawet dodano album, który przyszło mi recenzować, do rubryki z najlepszymi nowymi płytami.

Z drugiej strony może nie należy się dziwić? Wszak grupa I'm From Barcelona została wręcz stworzona po to, by zachwycić recenzentów wiadomej strony. Trudno nie pomyśleć, że być może to jednak jakiś monstrualny dowcip: wiecie, może za tym stoi jeden człowiek, jakiś kumaty producent muzyczny, który zorganizował casting i wymyślił całą otoczkę wokół tej kapelki? Na zasadzie: "ostatnio modny jest taki słodziutki indiepopik, na tapecie są poza tym artyści ze Szwecji, jakiś tam Lekman czy The Concretes, to sobie pojadę do kraju Henrika Larssona, wybiorę 29 najbardziej dziwacznie wyglądających osób (no bo na wiadomej stronie chyba lubią Polyphonic Spree, więc im więcej członków kapeli, tym lepiej), wymyślę im nazwę, wiecie coś a la Architecture In Helsinki, bo teraz takie geograficzne odwołania są cool, napiszę teksty odwołujące się do dzieciństwa albo wręcz sprawiające wrażenie napisanych przez dzieci, bo w wypadku The Boy Least Likely To to zdało egzamin. I będę miał przebój, trochę płytek się sprzeda, a po wszystkim wrócę do tworzenia nowych girlsbandów."

Jak pomyślał nasz producent, tak zrobił i teraz I'm From Barceloną straszą niewinnych, nieświadomych oszustwa słuchaczy swoimi przesłodzonymi piosenkami z nadprogramową ilością chórków i dęciaków. Najbardziej straszą jednak tekstami, do moich faworytów należy zdecydowanie pieśń o zbieraniu znaczków: "I’ve got one from Spain / And two from Japan / I've got a couple from Israel and Azerbaijan / I've got a plenty from Poland, but none from Sudan" – przyśpieszony kurs geografii w stylu Moniki i Kulfona czy Pana Tik-Taka. Jeśli myślicie, że w tej piosence kryje się jakieś drugie dno, że może to wymienianie państw ma czemuś służyć, to muszę Was rozczarować – puenty w "Collection Of Stamps" nie ma żadnej. W kategorii infantylizmu zaraz za piosenką o klaserze plasuje się opener opowiadający mrożącą krew w żyłach historię o tym, że wokalista (czy też wokaliści, bo cholera wie, ilu ich tam śpiewa) zaspał i może nie zdążyć do szkoły czy też pracy. Ten kawałek widziałbym w którymś z odcinków Teleranka w ramach edukowania młodzieży, że wstawanie o właściwej porze jest bardzo ważne. O czym sam muszę pamiętać, więc kończę już tę reckę, bo i tak poświęciłem tym grafomanom zbyt dużo swojego cennego czasu, a jutro wczesna pobudka.

Tomasz Waśko    
25 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie