RECENZJE

Iggy Pop
Post Pop Depression

2016, Loma Vista 5.8

Był rok 2012. Na katowickim Off Festivalu wiele młodszych, witalnych składów w teorii powinno dać koncerty bardziej energetyczne i agresywne niż ponad sześćdziesięcioletni panowie. Pomimo paru naprawdę udanych setów, zwykle wyglądało to tak – wychodzi perkusista, macha, siada przed swoim zestawem, coś tam zaczyna próbować, w tym czasie dołącza reszta składu, bez zbędnego pośpiechu zakłada swoje instrumenty, a po chwili w końcu wybiega wokalista – "halo katowice, to my, a teraz zagramy Wam to" no i jazda. W przypadku Iggy'ego Popa i reaktywowanych the Stooges wyglądało to zupełnie inaczej. Nie zauważyłem nawet kiedy cały skład sprawnie wbiegł na scenę i nagle: JEB! Obezwładniająca ściana dźwięku i niestrudzony Osterberg, który nie potrafił wytrzymać dwóch sekund w tym samym miejscu sceny. I tak do końca koncertu. Dlatego też wspominam to wydarzenie jako jeden z highlightów. I chociaż nie przypominam sobie kiedy ostatnio Pop wydał coś wartego uwagi, postanowiłem sprawdzić jego najnowszą nagrywkę.

Iggy miał ponoć wysłać smsa z propozycją współpracy przy Post Pop Depression do Josha Homme'a, ten zaś zgarnął swojego ziomka Deana Fertitę z Queens of the Stone Age, a do kompletu za perkusję wysłano Matta Heldersa z Arctic Monkeys. Wygląda to dość zabawnie — jak próba stworzenia pseudo-supergrupy z przypadkowych gości, którzy mieli akurat wolny miesiąc. Nie będę się jednak pastwił. Istotniejszy wydaje się fakt, iż pierwsza dwójka spośród wyżej wymienionych panów przeżywała osobiste tragedie na krótko przed pracą nad albumem. Iggy jeszcze nie otrząsnął się po stracie wieloletniego przyjaciela – Davida Bowie, a Joshua był bliski straty współczłonków zespołu Eagles Of Death Metal podczas zamachów terrorystycznych w Paryżu. Sam zresztą wspominał w którymś z wywiadów, że praca nad płytą pomogła mu dojść do siebie.

Homme próbuje odtworzyć dramatyzm tamtej nocy w "In The Lobby", ale Pop o wokalnej ekspresji przypomina sobie tylko na chwilę przy dzikim okrzyku w połowie utworu. Obecność gitarzysty wyraźniej słychać również w "German Days". Kawałek zaczyna się jak coś z s/t Them Crooked Vultures, ale bardzo szybko odchodzi w rejony późnego QOTSA i zaczyna mocno przynudzać. Dwie najdłuższe kompozycje na albumie leżą na przeciwnych biegunach. "Sunday" z rwanymi gitarami i całkiem chwytliwą melodią w refrenie ewoluuje pod koniec (z tymi żeńskimi chórkami i podniosłą orkiestrą) w coś na kształt odrzutu z soundtracku Tiersena do Amelii. Za to "Paraguay" z najbardziej nijakiego indeksu w zestawie zmienia się w ostatnich minutach w bezkompleksowy diss na wszystkich, którego Pop dokonuje na tle chórków Homme'a i narastającego nakurwiania reszty zespołu. No i jest jeszcze "Gardenia". Bez wątpienia mój faworyt w tej kolekcji. Jedna gitara gra tu w refrenie "New You" z mbv, druga przerywa jej w ostatnich taktach mocnym hookiem, a to i tak tylko tło dla zgrabnych harmonii wokalnych dwóch głównych bohaterów tego albumu.

Jedna "Gardenia" wiosny jednak nie czyni. Dostaliśmy poprawny materiał z jednym mocno wyróżniającym się trackiem. Cieszyć może, że wspólna terapia artystów przyniosła dobre rezultaty dla ich kondycji – Pop podczas sesji nagraniowych łączył się z duchem zmarłego przyjaciela, a Homme zajął się pracą, aby szybciej zapomnieć o traumatycznych przeżyciach. Muzycznie jednak teza o prawdziwej sztuce, która rodzi się tylko z cierpienia i bólu nie znajduje tutaj potwierdzenia. Chociaż, gdyby miało okazać się, że mamy do czynienia z ostatnim albumem Popa, to mógłbym bez trudu wyobrazić sobie gorsze scenariusze. Iggy żegna się z klasą.

Stanisław Kuczok    
8 kwietnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja