RECENZJE

Iceage
You're Nothing

2013, Matador 5.9

Kolejny album o niczym. Współczesny punk wybrnął całkiem sprytnie, oszukując nasze oko, na pytanie "kto?" i "po co?" odpowiada "nikt" i właściwie nic nie odpowiada. Jest to wytaczająco szczera postawa i w moim odczuciu druga płyta Iceage również jest wystarczająco szczera i dobra, ale, serio, niech ktoś na to urodzinowe przyjęcie wypuści w końcu nietoperze. Przemiał treści to coś, z czym nie mogą poradzić sobie kolejni młodzi gniewni. Kanały użytkowników, ściany, ciemne strony, nudne czasy. Łatwo przyłączyć się do chóru, wszystko marność, wszystko chuj, w proch się obrócisz, lecz gdzie iskra twa, gdzie lont? Trochę nie mogę ścierpieć kolejnej nic-generacji. To mój największy wobec tego albumu zarzut. Hej, to nie jest tak, że nie lubię, po prostu myślałem, że kroi się grubsza afera. Nowa brygada z Kopenhagi wjechała do miasteczka z wyciem, ogniem i piskiem opon. Odkurzyli Rising From The Dread, przyłożyli brzytwę do starczo obwisłych gardeł, zagrozili zachlapaniem dywanu, jego zamianą na rewolucyjny sztandar. Fajnie. Zagubieni chłopcy (raczej ci o bardziej wampirycznych obliczach) bawili się w Ku Klux Klan, krzyżując i podpalając szmacianki i byli tak nieopierzeni, że stroili się w piórka nazistów, pokazując pancerfaust i pięść. Swoją drogą: "piórka nazistów"? Postać uskrzydlonego Göringa na czele Luftwaffe zrzucającego jajo wykłuwającej się idei. Hmmm? Nieważne. Chuliganka się już wyszumiała, a przy okazji drugiej płyty okazało się, że w kwestii przewrotów mają do powiedzenia mniej więcej tyle, co książę Harry przebrany za SS-mana na przyjęciu koktajlowym.

Już po łebkach. Chłopaki podrosły, a ich muzyka również dojrzała, wpisując się w popularny schemat odwrotu, w deklarowany nihilizm. Zyskaliśmy jakąś filozofię, lecz nie jest to ten młodzieńczy nerw, który zespaja najbardziej niespójne myśli, raczej przemyślany wybór kontekstów, który moim zdaniem, nie jest najlepszą receptą. Trochę tak jak u Cronenberga –wsiąść w auto i rozbić je na najbliższej przeszkodzie, udając przy tym seksualne uniesienie. Ostre szarpnięcie, prosimy rozpiąć pasy bezpieczeństwa, plamki tłuszczu rozchlapane z krwią na kierownicy i desce rozdzielczej. Diagnoza dla muzyki punk ostatnich lat: w poamputacyjnym spazmie obgryza fantomowe kończyny. Zawsze można na stronie Iceage zamówić sobie koncertowy nóż. Dyskusyjna i dyskutowana sprawa. Na jelcu ładny grawerunek. W moim liceum niektórzy nosili jednak większe scyzoryki pod lotniczymi kurtkami. Czasem nosili siekiery. You're Nothing próbuje zagrać kartą historii przemocy, podobnie jak świetnie realizowanym wpływem Joy Division i kolczastych obozowych drutów owijających skowyczące serca, ale w przeciwieństwie do mocniejszego debiutu drugi album nie przykuwa już uwagi migawkami horroru, podsycaną paranoją, rzeczywistym dreszczem ekscytacji. Czy warto było tak szybko zamienić zew krwi na scenki właściwie rodzajowe? Zespół odgrywa nadal wzorową (tym razem jednak także wzorcową) post-punkową, post-nihilistyczna hołubioną ostatnio przez dandysów rolę. Jedno spojrzenie w znużone i wkurwione oczy i od razu wiem, że nie pójdzie na kosy, ale nie ma też żadnych szans, żeby naprawdę zaiskrzyło. To nie jest muzyka, która pchnęłaby Beksińskiego do drastycznych kroków. Pozwólcie, że opiszę teraz te piosenki…Co? No tak. Przecież już wszystko wiemy, nie ma przecież już nic do dodania.

Wawrzyn Kowalski    
25 marca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja