RECENZJE

Iceage
New Brigade

2011, What's Your Rupture 6.8

Wyszli z tuneli, z podziemi metra. Wychynęli z cmentarnych kaplic. Podpalili stodołę, podłożyli ogień pod przerażone miasto, nie spalili mostów. Herostratejskim sposobem zdobyli pewną sławę, ale, sądząc po zawartości płyty, słowo rozgłos byłoby dużo bardziej odpowiednie. To właśnie ta nowa brygada straszy teraz dzieci, w kapturach i kominiarach niesie wojenną żagiew i wysyła czerwoną flarę zwiastującą powrót neurotycznych form.

Nastoletni Duńczycy na desce przemierzają nekropolie, miłosne wyznania piszą na nagrobkach. I robią to z pasją, w której pobrzmiewa "Passion Of Lovers" Bauhaus do spółki z uczuciowym rozdarciem Joy Division, na co wskazuje może zresztą nazwa grupy. Bo wiecie: "Dania!? Ja po duńsku nie umiem!", a w towarzystwie Mew czy Under Byen chłopaki z Iceage też miałyby problem z komunikacją. Może szybciej dogadaliby się z Kingiem Damondem, spoglądając na okładkę jego Graveyard, a przede wszystkim zasłuchując się w kopenhaskiej punk-scenie późnych lat siedemdziesiątych, gdzie nie kto inny jak Kim Bendix Petersen grywał w garażach w składzie tamtejszej legendy Brats, znanej później jako Mercyful Fate.

Ziomki, tak jak niegdyś The Fall, przygrywają palonym na stosie wiedźmom i, jeśli pisałem o mostach, to właśnie te hipnotyczne punkowe wpływy znajdują na New Brigade ujście. Gotyk wraca do łask. Dzięki Arielowi, dzięki witch house'om, a jednak to właśnie tutaj słychać propozycję najbardziej wierną a przez to najagresywniejszą. Nie chodzi w niej o makijaż, ale o surowy i brutalny witalizm pokryty jednocześnie dość nihilistyczna pozą. Jeśli sięgniemy w głąb lokalnego nurtu w kierunku takich grup jak Pagan Youth czy Marching Church – solowego projektu muzyka Iceage Eliasa Rønnenfelta znajdziemy w tej dziupli funt zwierzęcych kłaków i najeżone zęby jakiejś skandynawskiej leśnej bestii.

Właśnie w tym ubuzzowieniu angielskich klasyków upatrywać można rozległego spektrum odbiorców albumu. Nawet Richmond Avenal z IT Crowd po jego przesłuchaniu porzuciłby zaraz swoje metalowe zapędy i zamiast się żalić, ruszyłby w mroki przedmieść, by żalom dawać upust. Gdyby goście podchodzili do sprawy z drugiej strony czarnej kurtyny mogliby brzmieć jeszcze bardziej obrazoburczo, tymczasem oszczędzają nam tych wszystkich kudłatych żartów, biorąc kierunek na kilka wczesnych dzieł Killing Joke i dodając nastoletnie nadwrażliwe tchnienie. Wśród obsesyjnego bębnienia i hałasu rodzą się prawdziwe hymny. Tytułowy manifest zdmuchuje znicze widmowym pogłosem, nośne refreny "Broken Bone" czy "Collapse" przebijają przez piwniczne okienka, by z powrotem przejść w rumor, sterty pozornie rozrzucających rupieci. To muzyka medialnie ochrzczona hasłem "Fuck You", co nie wydaje się adekwatne, jako, że chrzczona jest raczej świętym alkoholem i kadzona marihuaną. Lecz przede wszystkim wulgarne szyldy i buntownicze pozy, przypominają o tym, że w pewnym wieku wcale nie jest wszystko jedno. Krew szybciej krąży w żyłach, serce mocniej bije, a najlepszym sposobem, żeby to zamaskować jest podkręcenie wzmacniaczy i szaleńczy rytm perkusji.

Wawrzyn Kowalski    
18 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja