RECENZJE

Hypatia Lake
"...And We Shall Call Him Joseph"

2006, Sad Robot 6.5

Ciekawe. Czterech jegomościów postanowiło założyć zespół z ambicją tworzenia powiązanych ze sobą koncept-albumów. Całą fabułę osnuli wokół fikcyjnej jankeskiej mieściny Hypatia Lake, przedstawionej bliżej na debiutanckim krążku, skupiając się przede wszystkim na losach fabryki cukierków oraz jej pracownika Josepha Bigsby. Życie tego ostatniego, podzielone na dwanaście scen, mamy okazję obserwować na "...And We Shall Call Him Joseph" – od śmierci ojca, poprzez zakochanie i ślub, po morderstwo małżonki i stanięcie na czele lewicującego ruchu oporu wymierzonego przeciwko burmistrzowi oraz władzom fabryki.

Pierwsze odsłony to slo-core obtaczany w shoegazowej panierce – dostojne pianino i odgłosy "z realu" (okrzyki fiksującej przy huśtawkach, rozradowanej dzieciarni – umieszczone w mrocznym kontekście, by zmrozić kontemplatorów) składają się na efekt Mogwai meets Boards Of Canada, cieniowany dalej potężnym konstruktem wzniesionym ze wskrzeszających M83 pięter przesteru, kontynuowanych, po krótkim baletowo-symfonicznym interludium, jeszcze bardziej noise'owo i mięsiście, a znajdujących kres w piskliwych gwiezdnych odjazdach. Dla odmiany "Fishies Vs Lines" wspomina do pewnego stopnia niezal mid-90s, przywołując późny Pavement i racząc jebaniutkim tematem refrenu, taką indie-popową jaskółką, i delikatnie zvocoderowanymi wokalami.

Delaye z reverbami powracają wraz z "Bridgett Fountainhead", cichym sennym nokturnem o multiplanarnym charakterze – hołdem złożonym na ołtarzu pod tytułem Loveless i chyba również delikatnym ukłonem w stronę niebiańskich melodii Cocteau Twins, a więc cześć i chwała oddana tym, którzy posiedli umiejętność odmalowywania dźwiękami stanów metapsychicznych. Chwilę później "Farmers Can Be Jedi, Too" (nie przypadkowo odniesienie do rebelianckiego asa astro-przestworzy Luke'a Skywalkera) eksploruje przestrzeń cosmic americany i pokrewną, gdzieś z okolic Boces (czyli nieśmiałe hinty w stronę bajki, ale bez przesadnej ozdobności jeszcze), Clouds Taste Metalic oraz Grandaddy. Tych ostatnich słychać ponownie na "Paradigm Of The Introvert", gdzie robi się nieco konwencjonalnie, niebiezpiecznie blisko wyczynom przedstawicieli nurtu nu-indie – no bo udręczony śpiew przechodzący niemal w chlipanie, melodia ładna, słyszana dwa razy w tygodniu. Chociaż zaledwie kilkudziesięciosekundowy niby-mostek końcówki doprawdy zbija mnie tu z pantałyku, zapachniało na serio crunchy-niezal wczesno ninetiesowy, normalnie Superchunk, Sebadoh. Pardon, to dobry kawałek jednak jest.

I gdyby zakończyli swoją opowieść w tym miejscu, rezerwowałbym miejsce w prywatnym top tenie. Ale jak tu kończyć space-rockową operę po sześciu trackach i to w połowie historyjki – mamy zatem ciąg dalszy, kolejne odcinki odstające niestety od wcześniejszych. Popatrzmy. Gilmourowska jeremiada scen numer siedem i osiem – nie czuję was. "Funeral Of Marthy Bigsby" łzawe, bez atrakcji (a przecież w telewizji inaczej pokazują te pogrzeby amerykańskie: ze śpiewem i śmiechem przez płacz, puszczają wideo, na którym zmarły sadzi jakieś dżołki). "There Are Still Stains From The Tears" nuuudnawe i finał, gdzie powstańcy teoretycznie wysadzają fabrykę w powietrze – mimo wszystko rozczarowanie; tego typu wyładowania spotykamy na płytach grup z drugiego garnitura Constellation. Na szczęście uratowanie sytuacji na samą eksplozję, ładnie napieprzają wtedy, co najmniej jak Comets On Fire, zatem przyjemny akcent na ostatnie sekundy krążka.

Michał Zagroba    
7 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie