RECENZJE
Hudson Mohawke

Hudson Mohawke
Lantern

2015, Warp 5.4

O Rossie Birchardzie mówi się, że to utalentowany grajek, ale na poświadczenie tych słów zwykle pada argument "to ten od Kanye", ewentualnie przywołuje się TNGHT, a solowe dokonania pod monikerem Hudson Mohawke jakoś mało kogo obchodziły. Trudno się dziwić, w końcu debiutancki Butter wyszedł w 2009, czyli sto lat temu. Wielkiego szumu nie było, więc mało kto pamięta dziś o tym całkiem przyzwoitym i świeżym jak na swój czas wydawnictwie. Jak mniemam, HudMo też dostrzega ten niezbyt ciekawy dla siebie układ, stąd też sofomor ma zmienić nieco obraz: ma pokazać, że Szkot jest dobry w pojedynkę, że radzi sobie na długich dystansach, że nie samymi bangerami człowiek żyje (te ogarnie się z TNGHT − powiedział w jakimś wywiadzie Birchard). Czy zmienił? Wystarczy skonfrontować treść tego polisyndetonu z zawartością Lantern i zagadka sama się rozwikła.

Rzucone single, brzmiące jak podrasowane pasmami wysokich synthów (prawie non stop pod ręką) odrzuty z My Beautiful Dark Twisted Fantasy, "Very First Breath" i "Warriors" oraz zbudowany na samplu D. J. Rogersa "Ryderz", zapowiadały metamorfozę, która faktycznie się dokonała. Trudno w kontekście nowego krążka Hudsona mówić o wpływie Prefuse 73 czy Madliba, o funku, r&b i Basement Jaxx nie wspominając (może to zbyt odległy i nieistotny "powrót do przeszłości", ale skoro już jestem przy Hudsonie: czy "Joy Fantastic" nie odnalazłby się na Kish Kash?). Ponoć jest to eksperyment na piosence, nowy materiał ma być bardziej wyważony od debiutu, a czynnikiem decydującym i kształtującym ma tu być melodia. To wszystko fajne hasełka ładnie wyglądające w press kicie, ale tak naprawdę, już słuchając, odczuwam pewną niemoc, a dokładniej wrażenie, że sam producent nie wie, jak zagrać ten spektakl. W końcu decyduje się na asekuranckie ruchy, które stara się dobrze zakamuflować chociażby produkcją (która miejscami rzeczywiście spełnia swoją rolę) czy konceptem. Okej, zrozumiałbym wszystko, ale skoro Birchard umywa ręce od popełnienia futurystyczno-modernistycznego słuchowiska (swoją drogą w tym wyprzedzają go postaci w rodzaju Maxo, Bok Boka, Obey City czy Lido, które pewnie zetknęły się z Butter), a kolejnych dziesięciu "Chimes" też nie chce nagrywać, to niech w zamian dostarczy znakomity zestaw utworów − niech odnoszą się do poprzednich konwencji czy nawet nawiązują do współczesnych trendów, ale niech jednak wymiatają na tle czysto muzycznym. Zdaje się, że Szkot tej opcji chyba nie rozważał.

Tym, co najbardziej przyciąga uwagę i tym, o czym najwięcej mówi się przy okazji Lantern, są featy. Tu drobna uwaga: żadnych rapsów, lecimy ze śpiewem, melodią, piosenką. I tak numer z Antonym to może i spełnienie marzenia Bircharda, ale wieje od niego nudą, kawałek z Miguelem, choć mimo odznaczającego się pewną manierycznością podkładu ma fajne bębny, też nie jest niczym wielkim. Dopiero w "Resistance" z Jhené Aiko udało się ułożyć melodię i resztę klocków tak, że nie tylko zostają w głowie, ale nawet trochę wzruszają. Ale gościnne występy to jedno, bo są jeszcze ilustracyjne instrumentale. "Kettles" to próbka soundtracku wyjęta ze słabego hollywoodzkiego filmu epatującego tanim patosem, "Lil Djembe" to podobno "eksperymenty z rytmem". Takie śmiałe, że końcówkę trzeba skipować, choć wcześniejsze fazy jeszcze da się znieść. Są też dwa bardziej przyswajalne, czy wręcz popowe, bo brzmiące jak muzyczka w zdigitalizowanym cyrku, "Scud Books" i "Shadows" i przy nich mam taki problem, że jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś będzie do takich tracków wracał.

Dopiero później zaczyna się coś dziać. Jak widać, energia stanu początkowego jest mniejsza niż energia stanu końcowego. Trzy ostatnie indeksy, z najbardziej trafionym "Brand New World", trochę podnoszą ocenę. Niemniej Lantern pokazuje dobitnie, że Hudson marnuje swój potencjał, nagrywając niezbyt porywającą elektronikę, niewyróżniającą się niczym szczególnym. Nie pomaga mu korzystanie z trapowych tricków, nie udaje mu się też stworzyć nowoczesnego popu, więc trochę trudno o zachwyt. A największą wadą jest to, że zwyczajnie nie odczuwam radości ze słuchania. Ale może to jeszcze nie jego czas, może za chwilę wreszcie odnajdzie właściwy kierunek, bo na razie złożył album z co najwyżej nieźle zapowiadających się szkiców.

Tomasz Skowyra    
24 czerwca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja