RECENZJE

Hot Hot Heat
Make Up The Breakdown

2002, Sub Pop 8.0

Jest ich czterech, pochodzą z miejscowości Victoria w Kanadzie i chyba nie zamierzają się opieprzać. Wcześniej tego roku wydali EP-kę Knock Knock Knock, dając sygnał wszystkim uważnie śledzącym niezależną scenę popowcom, że nadchodzi niezła masakra. Teraz obietnica stała się faktem wraz z długogrającym debiutem Make Up The Breakdown. Dziesięć krótkich piosenek, składających się na tę półgodzinną płytkę, jest w stanie dosłownie zarazić swoją świeżością, rozsadzającą energią i, nade wszystko, niespotykaną ilością zawartych tu hooków. Żeby nie pozostać gołosłownym: idę o zakład, że po wysłuchaniu synkopowanego mostka w "Bandages" ("Don't worry now / Don't worry now / Don't worry cause it's all under control") nie będziecie mogli się opędzić od tej melodyjki do końca dnia – następnego dnia – tygodnia. Sam nie bardzo lubię takie reggae'owe zagrywki gitary, ale ten kawałeczek zwyczajnie żre, zażera cholernie i już mnie nie ma / jestem kupiony.

Hot Hot Heat zrobią karierę na takich diabelsko chwytliwych numerach, nie może być innej możliwości. Jeśli już nie zrobili – przecież za Oceanem wymienia się ich wśród ostatnich objawień, wydali albumik, jest spoko. Jakoś dodatkowo mają u mnie punkty (abstrahując od muzyki) za taki młodzieżowy luz. Na pierwszy rzut oka zaliczyć ich wypada do całego garage rock revival, bo nie czeszą piór, jeden gość nosi krawat, a wokalista Steve Bays wyje bardzo modsowo. Lecz świat byłby niesprawiedliwy, szufladkując Kanadyjczyków razem z zeszłorocznymi rewelacjami. (W ogóle to jest jakaś paranoja: przecież Liars reprezentują art-funk, Interpol wzięli się normalnie z innej bajki, a Vines to są jakieś cioty.) Mają oni do powiedzenia więcej, niż przeciętny piwniczny zespół wzorujący się na Wire, korzystają z szerszej palety inspiracji. Jakiś czas temu krytykowałem Jacka Endino, ale tutaj się przyczynił do klarownego, plastycznego, choć zadziornego brzmienia, brawo.

Fakt, że Bays nie tylko śpiewa, ale i gra na klawiszach, nie pozostaje bez znaczenia dla ogólnej impresji, jaką pozostawia Make Up The Breakdown. Jest to zatem coś miększego, coś barwniejszego. Takie tune'y, jak zabójczo przyswajalny "No, Not Now", wspomniany dynamit "Bandages", prowadzony przez nisko osadzony motywik syntezatora killer "Talk To Me Dance With Me", czy finałowy majstersztyk "In Cairo" straciłyby wiele ze swej mocy pozbawione tych keyboardów. Steve trąca pojedyncze nutki jak małe dziecko, czasem wysmaży trójdźwięk i jest z siebie zadowolony. Fajnie, że technika gościa nie wykracza poza moją własną, nie czuję się gorszy. Momentami powoduje to całkiem śmieszne akcje, jak w "Aveda", gdzie kolesiowi zachciało się solówki a la wczesny Yes, ale umiejętności pozwoliły jedynie na kilkakrotne powtórzenie prostego wzoru. Haha. Nie, ale Steve to dobry chłopak, ja znam. Ma teksty w stylu "You are my only girl / But you're not my owner girl!", to dobry chłopak.

Gdy zasłuchany gapiłem się tak na okładkę Make Up The Breakdown, strzelił mi do głowy pomysł, że lepiej nawet, niż do rock revival, czy nowej fali, porównać Hot Hot Heat do zespołów Merseybeatu. Dlaczego? Otóż koperty debiutów Searchers, Gerry And The Peacemakers, czy Swinging Blue Jeans przedstawiały, podobnie jak omawiany album, czwórkę muzyków i kolorowy podpis z nazwą grupy i tytułem krążka. Porównanie mieści się w granicach przyzwoitości, gdy pomyślimy o rodzaju muzyki – beztroskim, radosnym, porywającym popie. A jeśli już taka charakterystyka, to niedaleko stąd do XTC (refren "Get In Or Get Out" – toż to pure XTC) lub The Jam: tu przynajmniej pokrywa się napięcie, nowofalowy nerw. Wyliczankę zakończmy na naszych darlings, Dismemberment Plan. Dobrze, niech już będzie, mimo, że skojarzenie jest to dość odległe. Ale zgoda, bo generalnie Bays, DeCaro, Hawthorne i Hawley zmieszali całą tradycję niezal-popu w jednym kotle i wyszła im smakowita potrawa. Powtarzam: nie przestaniecie nucić do Sylwestra przynajmniej.

Borys Dejnarowicz    
19 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja