RECENZJE

Hot Chip
Made In The Dark

2008, EMI 5.5

Poznajcie Oskara. Równie dobrze ów chłopiec mógłby nosić jakiekolwiek inne imię, ale padło właśnie na to. Oskar mieszka w dużym mieście, ma dwadzieścia parę lat, zajebistego laptopa, zajebistą pracę, zajebisty telefon, znajomych, z którymi się zajebiście dogaduje i ogólne poczucie zajebistości. Uwielbia copywriterów, zakupy, anime, musicale, wypady na siłownię i kosmetyki. Raz na jakiś czas Oskar odrywa sie od laptopa, telefonu, znajomych albo lustra i doznaje. Doznaje głęboko i w skupieniu, by potem dzielić się z gawiedzią radosną nowiną. "Odkryłem wczoraj zajebisty zespół", dzieli się, "nazywa sie Hot Chip i jest zajebisty. Mają taką płytę, Made In The Dark – i ona jest zajebista! Tam są takie numery, że zajebiście się do nich tańczy i takie, że zajebiście sie ich słucha wieczorem i w ogóle to najzajebistszy zespół jaki ostatnio odkryłem! Musisz ich posłuchać!". I wraca do słuchania, pieszcząc w sobie poczucie własnej zajebistości jako odkrywcy nowych zespołów.

Okej. Czasami ludzie mieszkaja na innych planetach i nie ogarniają. "The Warning"? W sensie że mnie ostrzegasz? "Beach Party"? To taki drink? "Playboy"? Gazetka z króliczkiem? "Crap Craft Dinner"? Yyyyy, jakieś danie? W swojej zajebistości niektórzy są w stanie przegapić piątkę londyńczyków, którzy już jakiś czas temu ukochali świat pakietem densflorowych pospolitych ruszeń i lukrowanych popowych piosenek. A potem doznają. Bo tutaj akurat nie ma żadnej tajemnicy i wszystko jest proste: Hot Chip są naprawdę świetnym zespołem. Ale Made In The Dark świetną płytą nie jest.

Oskar z zapałem neofity może łapać się na rozpędzone cokolwiek kowbojskie przytupy i handclapy w "Hold On". Może bezżenadowo podrywać odziany w dżinsy tyłek do tańca na 2:19 w "Don't Dance", bo lekko smętny wokal małego dobosza ustępuje miłemu umpa-umpa, które rozsypuje się po piosence jak koraliki młodszej siostry po podłodze. Może łatwiutko dawać się utulić ślicznymi balladowymi "o-o-o-oh" przeplecionymi z melancholijnym marudzeniem Taylora w "We're Looking For A Lot Of Love". "Ready For The Floor" może przebić niejeden hit musicalowy w szybkości wygnania kolegi na parkiet. Proste. Tylko że Made In The Dark pozostanie nudne. Niby nadal chłopcy serwują kompendium muzyki, wszelkie możliwe elektropoposoulosynthfunki przefiltrowane przez nerdowską bezobciachową szczerość a la Napoleon Dynamite; niby nadal mają potencjał rozczulania i zapełniania parkietu. Niby. Nibynóżki. Niby dobra płyta.

Bo niestety wszystko pławi się w nudnym sosiku. Po pierwszym przesłuchaniu brakuje eurek, a żaden tekst nie prosi się o sprzedanie dalej esemesem. Jest trochę rytmu, jest trochę ballad – które w trakcie słuchania zdają się bezprawnie zajmować większość albumu, jest trochę bycia słodką ciapą i tańczącym bladym chłopcem, ale żaden z tych zabiegów nie przekonuje do naciśnięcia magicznego klawisza "repeat". Od początku do końca sunie się równiutko czekając na absolut. Wieczność. Niby powinno hulać, a przymula. Niby Hot Chip, a jakieś mniej hot.

Oskar jara się odkrytym właśnie Made In The Dark, bo razem tworzą zajebisty duet. Ja nie jestem zajebista i się nie jaram. I can see things.

Agata Balcerzak    
20 lutego 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy