RECENZJE

Horrors
Skying

2011, XL 5.7

RP: The Horrors? Rzeczywiście potworne. Nie żebym się spodziewał wielkich rzeczy, ale patrzę na image i... zaraz, zaraz... Cramps byli przecież podszyci surf rockiem i Elvisem, Misfits mieli z tego co pamiętam w początkowym stadium parę bezczelnych piosenek-zabijaków, a tu? Patrzę na ten produkt, a słyszę niewiarygodnie rozwlekłe, nudne utwory mające być... czy ja wiem... kopią Editors? Wychowaną na brit popie? Wiecie, margaryna z masłem. Niektórzy czepiali się takiego The National, ale co powiedzą na to? Podczas, kiedy świat przeładowany jest sposobami na założenie nudnego zespołu – The Horrors wybierają jeden z najbardziej niezawodnych, a w dodatku przyprawiają go nutką nonsensu, czyli swoim wizerunkiem. Nawet tzw. przebłyski świadomości, jak na przykład te w "Endless Blue" (może zaistniałe tylko dzięki pojawieniu się jakiegokolwiek ładunku energii), w lekko dance-punkującym "Moving Further Away" czy w hałaśliwym "Monica Gems", są do bólu przewidywalne, bo nie można przecież nagrać samych doszczętnie nudnych utworów, to wbrew prawdopodobieństwu.

KFB: Ja bym nie powiedział, że potworne! Słyszałem w tym roku wiele gorszych albumów od Skying, bo tę płytę od bycia marną popłuczyną dzieli mimo wszystko umiejętne i kreatywne połączenie wielu różnych muzycznych inspiracji. Nie obraziłbym się, gdyby każdy album "tego typu formacji" reprezentował tak wysoki poziom, może wtedy kondycja "współczesnej mainstreamowej muzyki rockowej" wyglądałaby zupełnie inaczej. Ta płyta momentami naprawdę porywa, a takich rozwlekłych, wielowątkowych kompozycji jak "Moving Further Away" czy "Oceans Burning" to się po tych gagatkach nie spodziewałem. Browar dla gościa, który doradził im stawianie na shoegaze i psychodelię.

WK: Hurraoptymizm NME działał jak antyreklama, kojarząc z różnymi White Lies i innymi kłamstwami sceny H&M. Skrzyżowanie My Bloody Valentine z My Chemical Romance – to nie brzmi dobrze. Także image grupy musiał się tu pojawić, jako powód zwątpienia w jej potencjał, nawet w obliczu całkiem dobrej poprzedniej płyty. Wszyscy też raczej olali zeszłoroczny koncert na Offie, przedkładając piwo nad indie-srindie. Chyba czas w końcu oszukać zmysły i wmówić sobie, że ta zgraja emogogusiów nie gra tego, co słychać teraz w głośniku, a co stanowi całkiem udany wkład Joy Division w kształtowanie shoegaze'u. Wojtek zapośredniczył trafniejsze porównanie do Chameleons, może z jakimś lekko-morskim przynudzaniem tam gdzie tkwił dawniej gitarowy pazur. Byłem kiedyś w Southend-on-Sea i po sezonie miasto wygląda na pogrążone w depresji i przedmiejskim brudzie. Idealna sceneria pod jesienny dreszczowiec. Ja jednak nie padłem ofiarą tej płyty. Były już w tym roku lepsze nawiązania (Ringo Deathstarr), lecz nawet nie to – po prostu nie mogę uwierzyć w postać Horrors jako zbawcy muzyki gitarowej, chociaż końcówka "Moving Further Away" sprawia, ze chciałbym uwierzyć. Chyba nadal jeszcze za bardzo się boję.

ŁK: Goście nie mają nic wspólnego ani z Killers ani z My Chemical Romance. Mają za to dużo wspólnego z rozmaitymi zespołami, bo Horrors to kolejny zespół-fanklub. Jeśli mają jakieś naklejki na futerałach na gitary to łatwo stwierdzić jakie. Jest na Skying epicki post-punk wspomnianych Chameleons, są kawałki w stylu Psychedelic Furs i jest wczesne Suede. Nie na darmo podkradli tytuł singla od tych ostatnich – "Still Life" przywodzi na myśl ambicje i dramatyzm Dog Man Star. Tylko, że z adekwatną produkcją w miejsce cienkiego brzmienia tamtego albumu. Skying brzmi znakomicie, wszystko jest odpowiednio ogromne a do tego pełno tu poupychanych szczególików. Trzeci album Horrors to oczywiście hołd, laurka, ale raz, że chłopaki mają dobry gust, dwa, że fundują swoim inspiracjom elektrowstrząsy i nie ma tu śladu trupa – to żywa muzyka. Wszystkie kawałki tym skubańcom w rurkach wyszły. Uff, udało mi się nie napisać nic o Johnie Hughesie.

Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Wawrzyn Kowalski    
1 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie