RECENZJE

Hood
Outside Closer

2005, Domino 6.4

W moim odczuciu, charakter chłodno-emocjonalnych, neurotycznych dźwięków wypełniających Cold House, poprzedni longplay utalentowanej czwórki z Leeds, był swego rodzaju muzycznym fenomenem. Elektroniczno-rockowy kolaż refleksyjnych pejzaży, minimalistycznych, synth-popowych tematów i kontrastujących, noise'owych hooków zdawał się funkcjonować jako "depresyjny zestaw wszechczasów". W nadzwyczajnym, dołująco-apatycznym działaniu krążka, główna zasługa przypadała subtelnemu wyważeniu spleenowych nastrojów. Na przestrzeni nagrania Hood nie popadał bowiem ani razu w zbytnia egzaltację, stroniąc od patosu i nadmiernie jaskrawych duchowych uniesień, utrzymując tym samym ponury nastrój na stałym, intrygującym poziomie. Ten inteligentny zabieg, poniekąd obecny również na ostatniej płycie Xiu Xiu, zawieszał słuchacza na skraju nerwicowego upadku, nie pozwalając nawet na moment wytchnienia w postaci prze-uzewnętrzniających wylewów, do jakich przywykliśmy na większości albumów o dramatycznej atmosferze; pozornie przechylających szalę przygnębienia, a w rzeczywistości, swoim nostalgicznym zabarwieniem, dając złudną nadzieję i sprowadzając ukojenie.

Pod względem specyficznego, dekadenckiego klimatu, Outside Closer jest więc częściowym odejściem od melancholii poprzednika. Czar prysł, zostawiając "jedynie" porcję świetnych kompozycyjnie, przemyślanych utworów, o charakterystycznej dla zespołu instrumentalizacji i stylistycznej koncepcji, lecz pogodniejszym, bardziej racjonalnym nastawieniu. Rozpoczynający "The Negatives" to dynamiczny, w pełni energiczny kawałek, oparty na iście hip-hopowej motoryce. Wraz z "The Lost You" (pierwszym singlem zarazem), udanie reprezentuje wielce ciekawe i relatywnie nowe oblicze zespołu: agresywne, intensywne, pełne nieoczekiwanych zwrotów i skondensowanej treści. Jednak w odróżnieniu do "I Can't Find My Brittle Youth", najbardziej pokrewnego temperamentem utworu z Cold House, instrumentalizacja wspomnianych tracków stawia wyraźnie na estetykę elektroniczno-bitową, pełną trzasków, skreczy i połamanych rytmów, jedynie nieznacznie podlewając rezultat akustycznym, smyczkowym sosem.

Niestety, interesująca formuła zdaje się nie wystarczać na zapełnienie całej objętości materiału. Gdzie gęstość treści ulega rozrzedzeniu, a podkłady zwalniają tempa, tam śmiało wkraczają niezbyt udane "eksperymenty" oraz zwykła nuda. Począwszy od długaśnych utworów-zapełniaczy, o nic nie wnoszącym, zahamowanym przebiegu, po przekombinowane pseudo-nowatorstwem i wręcz post-rockowymi naleciałościami elementy, Hood wyraźnie schodzi na ziemię, w pewnym stopniu marnując potencjał swego ostatniego osiągnięcia. Przykładem niech będzie tu niemal Sigur Rosowy (ze wskazaniem na Nawias), sentymentalny closer – ujmujący głębokim, zimnym brzmieniem, lecz nie podparty żadnym wartościowym motywem. W efekcie, kolejny już raz w tym roku pozostaje lekki niedosyt, gdyż częste przebłyski artystycznej wielkości wywoływały nadzieję na smakowite kontynuacje, a tak jest zaledwie "bardzo dobrze".

Patryk Mrozek    
2 kwietnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie