RECENZJE

Holly Herndon
PROTO

2019, 4AD 7.6

Jesteś z mięsa. Jesteś też przy okazji zlepkiem chemicznych substancji, a wszystkie próby uwznioślania (tych organicznych splotów) – uczłowieczania się na różne sposoby (asymilowanie się z innymi ludźmi, próby czucia się lepiej poprzez branie narkotyków, holistyczną gimnastykę rozciągającą, zakładanie rodziny, pisanie głupich tekstów do internetu, osiąganie sukcesu i wychodzenie pobiegać) – to twoja sprawa. Koncept ludzkiej doskonałości jest idiotyczny, a ta myśl mało odkrywcza. Nie jestem fatalistką, chociaż wymownie czuję ziemię pod stopami. Jestem też humanistką. Nie dlatego, że nie umiem liczyć całek, nie mieści mi się w głowie przestrzeń Hilberta i nie mam zdania na temat wielowymiarowości świata w mikroskali, ale dlatego, że głównie interesuje mnie to mięso, którym jesteś. Wierzę w w pewnym sensie w transcendencję, ale żaden mash-up różnych systemów filozoficznych mnie do końca nie przekonuje, wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Mój ulubiony poeta eksperymentalny kiedyś wyszedł ze swojego wiersza wersem: "każde wyjście jest dobre, kiedy płonie napis «EXIT»". Nic jeszcze nie płonie, ale wszyscy wiemy, że będzie. Nie trzeba być naukowcem, astrofizykiem, fanatykiem apokaliptycznego sci-fi ani mieć depresji – wiadomo, że będzie: w makro- i mikroskali (globalnej i osobistej). Holly Herndon wierzy w przyszłość. Jest optymistką, jest też prawdopodobnie wariatką. Ma doktorat z kompozycji muzycznej na Stanford i berlińskie dzieciństwo. Holly Herndon nie jest pierwszą artystką, której przedłużeniem talentu muzycznego jest laptop. Nie ona pierwsza stanęła w obliczu pułapki "płyty koncepcyjnej" [futuryzm z naszego podwórka u PRO8L3MU, przeżywanie śmierci ukochanej Phila Elveruma, historia jednego związku u Tylera, The Creatora (itd. do kwadratu)] narażając się na śmieszność, miałkość, banał i nudę. Nie ona pierwsza chce odkształcać nasze odbiorcze przyzwyczajenia poprzez "dziwność", "muzyczną awangardę" i dekonstrukcję. Chciałabym powiedzieć, że te wszystkie składające się na PROTO tricki gdzieś już słyszałam – nie dlatego, że jestem taka, kurwa, osłuchana, ale dlatego, że po prostu ciężko jest mi wierzyć w prawdziwą awangardę. Na całe szczęście nie mogę.

Fizycznie ukłucie środka podczas słuchania muzyki doświadczyłam w tym roku dwa razy. Za każdym razem na tej samej płycie. Ujmując to inaczej: słyszałam wiele płyt z tego roku, ale przejęła mnie (póki co) tak naprawdę tylko jedna. Ujmując to jeszcze inaczej: słuchałam w tym roku tylko jednej płyty. Holly swoim najnowszym wydawnictwem wyprowadza słuchaczy na manowce postmodernizmu muzycznego. Uściślając – na manowce manowców manowców. Stworzyła we współpracy z Matem Dryhurstem mieniące się na niebiesko pudełeczko wypełnione sztuczną inteligencją i zaprosiła je do współpracy na PROTO. Mówi o nim "baby". Pudełeczko ma na imię Spawn i jest integralną częścią nowej płyty, równą z innymi zaangażowanymi w projekt artystami. Muzyczni konserwatyści krzywią się z obrzydzenia, my co najmniej z zachwytu. Spawn słucha, powtarza, naśladuje, przetwarza i interpretuje. Spełnia główne założenie sztucznej inteligencji, czyli dużo się uczy. Nie redukuje "organicznej" części zespołu, a współbrzmi z nią i ją uwypukla; nie komponuje, a wykonuje swoje partie. Śmiałam się z siebie, gdy po pierwszych odsłuchach stwierdziłam, że najbardziej podobają mi się fragmenty "najbardziej ludzkie" – bo a capella, bo stricte chóralne – czyli "Canaan" i "Evening Shades", po czym przeczytałam, że są to żywe dokumenty z nauki nieludzkiego Spawna (który popełnia błędy). Niezmodyfikowane ludzkie głosy śpiewają swoje partytury, pudełeczko odpowiada. Lekko niezdarnie, żałośnie ludowo, pełnią neuronowego zaangażowania. PROTO jako współpraca z "dzieckiem" jest świadomie nieidealne (prawdopodobnie dlatego aż tak mi się podoba). Uspokajając histeryków – czas jest po stronie maszyn, śmiertelna wyobraźnia po stronie ludzi, oddychajcie spokojnie.

"Birth" to rozgrzewka, niepokojąca wprawka na niepoliczalną ilość palców, zarysowująca nastrój – minuta czternaście na wyłączenie płyty dlatego, że nigdy nie czułeś się jak kosmita, więc nie wiesz, że to w sumie nic fajnego i mam nadzieję, że masz nadzieję się nie dowiedzieć."Alienation" to bogactwo tła, o którym się nie myśli, to uśmiech w stronę zeszłorocznego "Not Okay" Sophie, tik-tik-tik prawie żywcem stamtąd wyszarpnięte, użyłabym słowa pop, ale nie chce mi się wlać na klawiaturę, EDM, chory. "Canaan" to spacer z dzieckiem za rękę przez centrum handlowe na wzór Panoptikonu, splecione dłonie Holly i sieci neuronowe, harmonie, które są raczej nieidealne, dlatego raczej piękne. "Eternal" to liturgiczno-pogańska anatomia mojego porwania emocjonalnego, ślizganie się po skali, słyszycie ten flet? Masakra. Techno-dudnienie, nóż w brzuch, czyli tzw. seppuku. "Eternal" to tzw. highlight PROTO. "Crawler" to sci-fi soundtrack do wiszenia w miejscach, gdzie grawitacja nie działa – nic nie działa, nic nie jeździ, meteoryty latają obok ucha, ale zabrałeś ze sobą swojego ulubionego ptaszka z drzewa obok bloku, akacja trochę raczej pojebana. "Extreme Love" (We are not a collection of individuals, but a macro-organism, living as an ecosystem. We are completely outside ourselves, and the world is completely inside us). "Frontier" przesłuchałam miliard razy, na usta cisną mi się tylko zachwycone przekleństwa przeciwstawione przekleństwom w stronę red. Wycisło, który napisał mi, że "frontier brzmi jak piosenka donatana i cleo zremiksowana przez amnesię scanner", po czym dodał, że mogę to wykorzystać w recce. Już nie rozmawiamy. "Frontier" to kompozycja-cud z nieprzeżutych chyba jeszcze nigdy przez nikogo motywów do potęgi n, czyli plus minus nieskończoność. "Fear, Uncertainty, Doubt" jest przerażające, muzycznie niedobre, a raczej muzycznie żadne pytanie o to, jak należeć do wszechświata. "SWIM" jest o potrzebie tego całego mistycznego przynależenia, iskrzącym repetytywnością follow-upem do poprzednika. "Evening Shades" to nawet nie piosenka, a modlitwa (albo Bóg wie co). Spawn szumi, nie wie, co się dzieje, maszynom bogowie chyba niepotrzebni. "Bridge" – "Ow, my head", czyli PROTO zamknięte w jednym równoważniku zdania. "Godmother" we współpracy z Jlin to najwyraźniejsze na płycie zacieranie granicy między człowiekiem i maszyną. Dezorientacja, czyli drugie imię Jerrilynn Patton. Dla koneserów albo dla tych, którzy, podając komuś rękę, pierwsze co, mówią o swoich zaburzeniach psychicznych. "Last Gasp" zamyka płytę przynależnością i dziwnym jak na standardy tej płyty spokojem.

Holly nie we wszystkim jest pierwsza. Można szukać w niej śladów Björk, Julki Holter, FKA Twigs, Arki, Yvesa Tumora, Fever Ray i kilku innych protagonistycznych elektronicznie projektów. Co ciekawe, żadnej jednostki identyfikującej się z – albo będącej – mężczyzną (zostawię tę myśl w powietrzu, ale przy okazji odsyłam do recenzji Sashy Geffena). Uważam, że PROTO to żywo niesamowita płyta. Splot muzyki chóralnej z elektroniką był dla mnie niemożliwy, ale przestał. Może uwielbiam Holly, bo mogłaby się dograć do "Panic" Animal Collective w 2003, a może dlatego, że się zwyczajnie dałam zaskoczyć (bo może nie jestem aż tak osłuchana). Może dlatego, że lubię patetyczności i momenty, w których nie wiesz, co zrobić z rękami. Może dlatego, że nie boję się przyszłości, a wręcz przeciwnie, może. Czy za kilka lat będziemy zachwycać się najbardziej dźwiękami wydobywającymi się z niebieskich pudełek? Pytanie źle postawione na zawsze.

Adela Kiszka    
5 czerwca 2019
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors