RECENZJE

Hold Steady
Almost Killed Me

2004, Frenchkiss 5.9

Almost Killed Me, debiut formacji założonej przez osiadłego na Brooklynie byłego lidera Lifter Puller Craiga Finna, powinien trafić w gusta wszelkich indywiduów z roztkliwnieniem wspominających zarówno czasy kwitnącego niezal początku lat 90-tych, jak i narodziny pierwszych form punkowych na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Co jednak wyróżnia Hold Steady spośród wielu czerstwych klonów (wiadomo jakich bandów) ze stickerem "straight from the Big Apple" na okładce to nieskrępowanie, szczerość podejścia, naturalność, w pewnym sensie raźne parcie pod prąd. W swojej autentycznej miłości do muzycznego dziedzictwa, któremu kolesie zawdzięczają artystyczny byt, grupa serwuje każdemu, reagującemu womitami na sam wstęp do pieprzenia o nowojorskim garażowym rocku, słuchaczowi krótkotrwałe panaceum. Co prawda obecnie zajawka jest już na wymarciu, ale powiedziałbym, że stylistycznie i pod względem dziewiczej postawy, entuzjazmu, a nawet ekscytacji czerpanej z grania, Hold Steady niedaleko do działającego spokojnie na uboczu Mooney Suzuki, nagrywającego garage-rock when większość revivalistów ssała jeszcze swoje mamusie. Zero pozy, zero spinki.

Almost Killed Me usatysfakcjonuje być może młodzieńcow głodnych rocka niezależnego ich pokolenia oraz na chwilę przypomni o tych wartościach starszym, ale główne punkty odniesienia dla Hold Steady odnajdujemy znacznie głębiej, w owianych legendą czasach proto-punku Stooges, korzennego rocka MC5, glam-rocka spod znaku New York Dolls, pre-nowofalowych prób Modern Lovers, wczesnego hard-rocka, blues-rocka, Stonesów, Creedence Clearwater, Kinksów w agresywniejszym wydaniu, a nawet najmniej komercyjnego Springsteena. Z inspiracji powstał wytwór bardzo jednorodny; i choć, gdy odpowiednio postrzegany, całkiem sympatyczny, równocześnie lekko nużący i monotonny. Hold Steady nie potrafią w najmniejszym stopniu zróżnicować warstwy melodycznej: wydaje się, że nie są nawet w stanie wypompować składnego, skończonego utworu, zamieniając tradycyjne kompozycje na ideę rozlazłych, surowych rockerskich jamów naszpikowanych chaotycznie podanymi zwięzłymi riffami, arpeggiami i, czy to szybko przemykającymi, czy pełnoprawnymi gitarmeńskimi solówkami.

Rozkojarzona formuła pasuje może znakomicie do closera: zgrupowanie przekwaszonych skrzeków i pisków wokół dynamicznych tune'ów basowych składających się na fragmenty liryczne, poprzewijane z kolektywnymi interpolowymi eksplozjami, kreuje rodzaj napięcia i podniosłości wręcz przypisanej zakończeniom, ale sprawdza się średnio w naznaczonych tęsknotą za "minionym" opowieściach w rodzaju "Sweet Payne", odrobinę mdłych, bez wyrazu. Tak naprawdę całe przedsięwzięcie trzyma nie poziom materiału, a twórcza osobowość muzyków. Swoboda, luz jaki udaje im się przekazać, wbrew kontrastującej z tym podejściem muzycznej ociężałości, stale uzmysławia najważniejszą sferę Almost Killed Me – zabawy w prywatne sentymentalne wędrówki w czasie (chronologiczny krótki przegląd dekad w otwierającym płytę "Positive Jam" stanowi, jak mniemam, statement wprowadzający w koncepcję albumu, a może nawet zespołu), przy zachowaniu radości grania, bezpretensjonalności i bezpośredniości.

Centralną postacią realizującą powyższy zamysł jest Craig Finn, odsyłający w swoim niechlujnym skandowaniu, doborze słownictwa i klimacie wokalu do Richmana. Z tym, że wzruszającej chłopięcości Holdena Jonathana przeciwstawia Finn dorosłość, niemal szorstkość, oraz większy chłód, dystans i humor w refleksji kulturalnej. Teksty akcentują zresztą nieco inną przestrzeń obserwacji: zamiast eksponowania poetyckiego wnętrza na tle nieczułej rzeczywistości, próbują raczej oddać atmosferę otaczającego autora bulgoczącego świata kultury, zlewającego się jednocześnie z jego osobistym polem przeżyć. Ilość odniesień kłuje w oczy: Finn namecheckuje między innymi prezydenta Kennedy'ego, Patty Smythe, Ricka Danko, Robbie Robertsona, Steve'a Perry, Elizabeth Shue, Ninę Simone, Billy Joela, Freddiego Knuckles, Johnny Rottena i Mickeya Mantle, ponadto wspomina miejscowości, lokalne obyczaje i specyficzne amerykańskie zachowania. To właśnie wyszukane slangowe określenia i pieczołowicie nakreślone obrazy dodają Almost Killed Me potrzebnego kolorytu. Bez tego charyzmatycznego performansu dokładniejsze wsłuchanie niestety obnażyłoby całą monotonię, tym samym odejmując połowę uciechy, a próba eksploracji detali nieuchronnie obnażyłaby ich brak. Nawet z tekstami pod ręką i nastawieniem na odbiór podskórnego nowojorskiego klimatu należy uważać, bo dłuższe sesysjki z Almost Killed Me grożą wyczerpaniem.

Michał Zagroba    
14 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie