RECENZJE

Hives
Veni Vidi Vicious

2000, Burning Heart 6.4

W zeszłym miesiącu wybrałem się do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Obiekt jest przeuroczy, z całą siecią drogich restauracji, sklepów i nawet ścianką do wspinaczki w podziemiach. Mają też źle ustawioną klimatyzację, od której łatwo nabawić się w kilka minut porządnego kataru. Oraz komicznego gościa na bramce samej biblioteki – wyglądającego jak z okładki pisma dla kulturystów, obstawiam, że nie przekroczył 100 IQ, no dosłownie taki tłumok, jego rozmowy z przechodzącymi obok ludźmi są ozdobą moich wycieczek do BUWu. Tenże strażnik nie pozwolił mi wejść do środka, tryumfalnie wskazując pobliską tablicę. Na niej stało wyraźnie: w środy biblioteka czynna od 14:00. Rzuciłem okiem na zegar – było pięć po pierwszej.

Dobra, godzina czekania. Pięć metrów dalej mały barek. Oraz wystawa czasopism, w tym zagranicznych. Moją uwagę przykuł niejaki magazyn "The Face". Na okładce Strokes, obok podpis: "40 new messed-up bands". Gdy zagłębiłem się w artykuł, o mało nie targnęło mną ze śmiechu. Oto gazeta wymieniła wszystkich chyba znanych sobie młodych reprezentantów rockowej sceny nowojorskiej, sporadycznie inkrustując ten wypis jedną, dwoma kapelami z Detroit. Boże, jakie gówno! Przy każdej pozycji dodawano cichutki okrzyk zachwytu, oraz objaśniano, z kogo dana kapelka zrzyna ("how they rock"). Aha, no i zdjęcia – zamieszczono podobizny całej czterdziestki! W tym momencie doszło do mnie, że doczekaliśmy się kolejnej rockowej mody. W której najmniej chodzi o muzykę, a najbardziej o wizerunek: fryzurę, garnitur i udawany bunt.

Zresztą cała ta czterdziestka, nawet jeśli przyjąć powyższe kryterium, zdała mi się cokolwiek kontrowersyjna. Na pierwszym niejacy Catheters – z tego, co się orientuję, zupełnie przeciętny band. Ale o dziwo na drugim Yeah Yeah Yeahs – jedno z objawień minionych miesięcy, zajebista grupa, bardziej nowatorska, niż retro. Potem cały zastęp nazw, z których niektóre kojarzyłem (Mooney Suzuki, Interpol, Liars, French Kicks, Vines), a niektórych nie. I te zachwyty: "They're fresh, the're young, they're sexy". Karen O prezentowała się tu najmniej estetycznie! Strokes i White Stripes w ogóle się nie załapali, natomiast – co boli mnie najbardziej – redaktorzy periodyku chyba zapomnieli o Radio 4, rdzennie brooklyńskiej załodze. A może o nich nie słyszeli? Śmiech obrócił się w płacz, gdy znalazłem informacje o piśmie. "The Face" to rzecz wydawana w Londynie. Popłaczmy się razem, buuu.

Kiedy więc dwa dni później jechałem odebrać do zrecenzowania płytę The Hives, rozważałem, czy trafię już na przystojnych, fotogenicznych modeli w równo skrojonych koszulach, czy jeszcze na dzikich, szorstkich rockowców, jakich to Hives zapamiętałem z zeszłorocznych reportaży na Vivie II. Ku mojej radości, chłopaki pozostali sobą. Choć stawiają na wygląd (na okładce wszyscy pozują w identycznych garniturach i lakierkach) – cóż, takie czasy – nie zapomnieli, co to znaczy surowe napierdzielanie we wiosła. Serwują banalny, ale tchnący ożywczą energią punk-rock. I dobrze.

To był taki żart. Bo przecież ten szwedzki zespół debiutował (hardcore'owo!) w roku 1997, wraz z Barely Legal. A omawianą płytę Veni Vidi Vicious wydano w 2000 w Szwecji! Wyprzedzili Strokes! Nie, po prostu Strokes zobaczyli szaleństwo w kraju Bergmana i postanowili identyczny chwyt zastosować na globalną skalę. Udało się! Ok, dosyć żartów. Obecnie Veni Vidi Vicious jest wznawiane na całym świecie i Hives robią porządną karierę. Należy im się to. Zbiór dwunastu numerów wypada okazale, przywodząc na myśl głównie Stooges i Ramones. Gitary uwijają się jak w ukropie. Bębny eksplodują. Frontman Howlin' Pelle Almqvist wyje jak najęty. To kolejny w tym temacie zestaw fajniejszy od Is This It. (Tak, już nie będę.)

Bawi mnie pierwszy numer na Veni Vidi Vicious, "The Hives – Declare Guerre Nucleaire". Sześć dźwięcznych, ostrych akordów otwiera tę jazdę, co mi się miło podobuje. Potem czysty punk, a wraz z nim humorystyczny tekścik, który tu może zacytuję:

"Had an atomic bore – in 2004
Did some atomic tricks – in 2006
Got out way late – in 2008
Let's do it all again – in 2010"

Tego rodzaju wierszowanie kojarzy mi się nieodparcie z radosną twórczością byłego kumpla z klasy. Oto, co napisał on po meczu Korea Płd. – Polska 2:0:

"Znów dostaliśmy dwie siaty za friko
Pójdę podpalić dziś jakieś Tico
Strzeliła dwie bramy koreańska gira
Pod moim blokiem już płonie Nubira
W Pusan Koreańce grają nam na nosie
Zrobiłem dwie dziury w pobliskim Lanosie
By opieprzyć naszych nie dość papieru ryza
Chwyciłem za łom, rozjebię Matiza"

Do jaśniejszych kawałków z Veni Vidi Vicious należą jeszcze "Main Offender", "A Get Together To Tear It Apart", pastiszowy "Find Another Girl", oraz kończący "Supply And Demand". To tyle.

Borys Dejnarowicz    
11 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja