RECENZJE

Him
Peoples

2006, Bubble Core 6.8

Niesmacznie kojarzy się ta nazwa i większość osób, które zareagowały na rekomendację, zrobiły to z wyraźnym obrzydzeniem. Odruch zwrotny wywołała naturalnie konotacja skandynawska, krzywdząca dla tego utalentowanego około-chicagowskiego kolektywu obracającego się w nie byle jakim towarzystwie renomowanych post-rockowców, math-rockowców, a nawet w osobie masterminda Douga Scharina powiązana z między innymi June Of 44 czy Codeine personalnie. Powstrzymajcie więc wymioty, amerykański Him to Sea And Cake, tudzież Karate dla fanów Tortoise marudzących, że Sea And Cake, tudzież Karate dla nich zbyt popowy i za mało wymagający. Nawet jeśli to jedynie teoretyczna grupa ludzi, dobrze definiuje target Peoples.

Znajomy stwierdził niegdyś, że post-rock to powtórzenie kraut-rocka; od jakiegoś pismaka dowiedziałem się z kolei parę lat temu, iż styl ów to nic innego jak współczesne wcielenie new romantic (co na to Simon Reynolds?). Na podstawie Peoples skłonny jestem dostrzec relację między piosenkowym odłamem sceny Illinois i prog-rockowymi balladami; spójrzmy na jazzującą sekcję King Crimson i delikatnie kołyszący, senny klimacik Islands. Him ponadto, może w odróżnieniu do stawiającego na konkret, malkmusowego w wyrazie Sama Prekopa, darzą sympatią eleganckie barokowe melodie, zamiast indie wykopów, i z upodobaniem poruszają się, gdzie ich fantazja poniesie, ryzykując nasz ulubiony zarzut o rozmydlenie.

Pierwsza część "Universe Peoples" jawi się najmilszym kawałkiem muzyki w tym roku. Główny przyjemnie zawinięty tune wznosi się i opada jak rasowy afro-power street banger Earth, Wind & Fire w wersji szanty (dla marynarzy-intelektualistów), co w połączeniu z kapitalną gitarowo-wibrafonowo-marimbową plecionką nie gorszą od czegokolwiek z TNT daje efekt "klaysczności". Innym razem mgiełki jazzowe (ah ta bujająca perka w rozmarzonym "This We Know") i wysokie wokalizy komponujące się z tłem, operacja przeprowadzana bardzo sprawnie, każe mi podejrzewać, że sympatycy landscape'ów Metheny'ego lub zwiewnego Donalda Byrda (kto nie zna na przykład Black Byrd albo Stepping Into Tomorrow radzę na szybkości naprawić ten błąd) będą bardziej podatni na uroki Him.

To mogłaby być cudna płyta, gdyby Scharin i koledzy (a jest tych nazwisk niemało) postanowili rygorystycznie trzymać się ram jazz-rockowej piosenki. Coś ich jednak kusi, by oddawać się nastrojowi chwili, zapisywać swoje zbyt obszerne marzycielskie impresje albo takie syntezatorowe wynurzenia jak "Shuddered". Robią to co prawda z wyczuciem, tak jak z wyczuciem wplatają wątki dubowe, natomiast zbyt mocno dryfuje ta muzyka, kluczy. I wtedy zamiast cudnie (jak w "Universe Peoples") jest ładnie. Ocena może nawet odrobinkę nagięta w górę z sympatii, że niedoceniony zespół.

Michał Zagroba    
20 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie