RECENZJE

High On Fire
De Vermis Mysteriis

2012, E1 6.7

No więc mamy uczonego-odkrywcę. Archeologa, powiedzmy, w stylu Indiany Jonesa, z biczem i kapeluszem. Gość błąka się po dżunglach, siedzi przez miesiąc w klatce z jadowitą żararaką, a gdy skolopendra ukąsi go w kostkę, owija ją kawałkiem kajmaniej skóry. I to świeżo zerwanej. Wcześniej bywał trochę w bibliotece w późną noc, skruszył kilka sypiących się pergaminów, czym naraził się sędziwemu bibliotekarzowi, zrozumiał Finnegans Wake, znalazł w antykwariacie pokryte kurzem tomy. W anonimowym liście ktoś podrzucił mu do skrzynki De Vermis Mysteriis, grimuar datowany, tak na oko, na eony lat, wraz z histerycznym dopiskiem. "Ostrożnie!". No i masz ci los. On rzucił go w na wpół zakopaną piramidę, gdzie ślęczy nad naskalnymi napisami Nazca, lub gdzieś na północ, gdzie rozpisuje piktogramy Piktów, popykując fajkę. Wraca stamtąd odmieniony. Małomówny, markotny, z iskrą szaleństwa w oczach. Nieswój. Wpatruje się w gwiazdy, bełkoce o bębnach w głębinach, szepcze w obcej mowie. Nagle znika, a pozostałe po nim zapiski, wszystkie bez wyjątku, relacjonują męczące go koszmary, gdy stąpa po uschłej żubrowej trawie, wśród cyklopowych murów, a zewsząd otacza go dzika, plugawa muzyka. Bo tak to jest z De Vermis Mysteriis, wystarczy ją o-d-tworzyć, by uwolnić to coś już na progu.

Pamiętacie jak w Muzyce Ericha Zanna pogrążony w błogiej nieświadomości świat i czarną otchłań przedzielała tylko okienna szyba. I jedynie opętańcze smyczkowe wariacje powstrzymywały ją od pęknięcia w bryzgach drobnych kryształów. Tak wygląda produkcja Kurta Ballou na tej płycie. Dosłownie czuje się drgania, skrzypienie szponów osuwających się po szkle, jakbyśmy mieli do czynienia z zakłóceniami powierzchniowego napięcia, kręgami na tafli wody w kubku wręcz uginającej się przy każdym stąpnięciu Tyranozaura.

Rexa. A ten jest tylko jeden. Matt Pike. Przy okazji Snakes For The Divine wspomniałem o nudzie, jaka go dopadła. Wtedy student, a nie po prostu stud, stworzył album perfekcyjny, wyedukowany i pełen nawiązań. Czy tego oczekiwałem? Na Croma, nie! Obecnie zaś mamy rok 2012 i jednoczymy się jak przed tragedią, przed katastrofą. Nie potrzeba nam jeszcze jednego boga gitary kipiącego świętym gniewem. I właśnie teraz nasz bohater sam zstępuje z piedestału. Nie chodzi nawet o to, że na nowym albumie prezentuje się charyzmatycznej, witalniej, że wraca do korzeni (a robi te wszystkie rzeczy), ani też o songwriting, koncepty, necronomicony, nawiązania (stale: Mötorhead, Slayer, Celtic Frost, jakby ktoś pytał), a o zwykły koniec mazgajenia. Jest starcie, odczuwalne wzburzenie, nie byle jakie są fale. Właściwie trzeba szczerze przyznać, że w trakcie pierwszych trzech utworów trzęsieniom nie ma końca. W jednym momencie Pike chciał być kimś więcej niż spiżowym herosem odbijającym dziryty i buzdygany, przez co sam postrzelił się w piętę, w kolejnym Liam Neeson, jako Gromowładny, informuje go: " You will learn someday that being half-human makes you stronger than a god"… hę? Hmm…No tak, teraz jest właśnie chwila, gdy uświadamia sobie tę prawdę, bo przy ogarniających nas początkowo wątpliwościach, przecież mówi to nie byle kto.

Nie wiem czy taki koncept stoi za tym albumem, ale jeśli jest powiązany z Lovecraftem to gdzieś kiełkuje w nim ziarno szaleństwa. Za "King Of Days" kroczy melodia przypominająca słodki płacz wrogów i lamenty kobiet, w "Warhorn" słychać Harvey Milk i chlupoczący miód dla całej hordy, ale to "Madness Of An Architect" dzierży sztandar. W tym szaleństwie jest metoda, przypominająca sznurek tysiąca Bułgarów, którym cesarz Bułgarobójca wyłupił oczy, co piątemu zaś odjął tylko jedno by poprowadził grupę do domu. Czy widzę na tej płycie niedociągnięcia? Pewnie. Ale gdy ścina się krew w żyłach w zetknięciu z samą strategią, lepiej chyba na nie przymknąć oko.

Wawrzyn Kowalski    
5 kwietnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja