RECENZJE

Hidden Cameras
Mississauga Goddam

2004, Rough Trade 4.5

Joel Gibb, frontman Hidden Cameras, pochodzi z Kanady (a dokładnie z Ontario) i niewątpliwie jest homoseksualistą. By się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć ze wszystkich stron okładkę ubiegłorocznego albumu zespołu, The Smell Of Our Own. Zresztą Joel wcale nie stara się tego ukryć: przeciwnie, w swoich tekstach obwieszcza światu wszem i wobec swoje upodobania seksualne. W sumie spoko. Generalnie nic do tego nie mam, "a niech to sobie będzie". Tyle, że w czasie słuchania Smell Of Our Own momentami plastyczne opisy spraw wydawałoby się niezwykle intymnych wypadały (nie bardzo rozumiem, czemu to ma służyć) trochę nazbyt śmiało, powiedziałbym wręcz obscenicznie. I tak na przykład dla mnie krążek kończy się na siódmym kawałku. Dalej nie słucham, po prostu nie mam na to ochoty. W końcu wszystko ma swoje granice. Nie będę oczywiście konkretnie cytował, zresztą Borys zrobił to już w swojej recenzji. Mowa będzie zatem o tegorocznym wydawnictwie.

Na Mississauga Goddam (tak przy okazji: cześć mamo, co słychać w Mississaudze?) Joel jest już na szczęście nieco, że tak powiem, oszczędniejszy w szczegóły. A może to mnie nie chciało się specjalnie wsłuchiwać w teksty... To całkiem możliwe, ale po doświadczeniach ze Smell czuję się rozgrzeszony. Jakkolwiek by nie było, to nadal temat odmienności seksualnej przewija się w większości kawałków. Muzycznie natomiast, w ciągu roku od poprzednika niewiele się zmieniło. Hidden Cameras nadal obracają się w klimatach kościelnego folku. Najbliższe odniesienia to Belle And Sebastian brzmieniowo, Magnetic Fields ze względu na geometryczną formę utworów i R.E.M., choć to już moje luźne skojarzenie. Zabawne też, że najlepsza melodia na płycie to bezczelne, podkreślam bezczelne (a nuż ktoś nie załapie) zerżnięty z "No Reply" fragment kończącego album utworu tytułowego. Co przykre, zapewne wielu Kanadyjczyków nie zwróci na to uwagi... Jednak prawdziwym miłośnikom Beatlesów taki tani chwyt nie ma prawa umknąć. Zapamiętałem też akustyczną balladę "Builds The Bones", która co prawda trochę smęci, ale subtelną melodyjnością przywołuje highlighty ze Smell Of Our Own. Co do reszty, to zdarzają się przebłyski, ale nieliczne. Aha, słyszałem takie akcje, że niektórzy recenzenci jarają się "Music Is My Boyfriend" i nie wiem o co chodzi. Zupełnie.

Ogólnie można stwierdzić, że znając Smell Of Our Own słuchacz nie powinien od Mississauga Goddam spodziewać się niczego więcej. Powinien raczej spodziewać się o wiele mniej: ta sama stylistyka, podobne instrumentarium, cały czas ten sam motyw przewodni, ale niestety już sporo słabsze kompozycje. Przy czym nie wykluczam, iż zdeklarowanym fanom zespołu (ciekawe ilu ich jest w Polsce, ciekawe) nowe dokonania Kanadyjczyków mogą przypaść do gustu. Dla mnie jednak jest to tylko taki-sobie, chwilami sympatyczny, przeciętny gay-pop, do którego nieprędko powrócę i który, parafrazując pewną "reiterkę" o wyjątkowo ładnym imieniu [smiley] "nie będzie za mną chodził". Bo i jak mógłby, kiedy w discmanie swoje miejsce na dobre zagrzał Department Of Eagles, a przy łóżku na przesłuchanie czeka sterta świeżych płyt + dyskografie zespołów Talk Talk i Talking Heads? Zatem nie ma szans. Mississauga Goddam powędruje tam, gdzie jej miejsce: gdzieś w dolne rejony szafki z płytami, razem z CDRami w cienkich okładkach, które, przyznam, niezbyt często zdarza mi się odkurzać.

Paweł Greczyn    
5 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy