RECENZJE

Hey
Sic!

2001, Warner 5.2

Kiedy zawodzą faworyci, można podejść do tego w dwojaki sposób. Obrazić się, albo przeczekać pierwszy atak szału i potem rozważyć całą sprawę na spokojnie. Przyjąłem ten drugi wariant, bo: a) nie mam się co obrażać na Hey; b) co tam się będę denerwował. Natomiast powiem (wciąż spokojnie) wam wszystko tak, jak jest, bez owijania w bawełnę. Podkreślam to, gdyż kilka lat temu byłem uznawany za osobę zafascynowaną osobowością Nosowskiej. Cóż, nie przeczę. Jak się wydaje arcydzieła pokroju Karmy, to ja nie mogę pozostać obojętny. Tym większym rozczarowaniem jest dla mnie przeciętna płytka, w której maczała palce artystka.

A właśnie: dlaczego ja sobie tak dużo po Sic! obiecywałem? Chyba liczyłem podświadomie na jakąś kontynuację Karmy (koszmarny krążek Hey się nie liczy, jego po prostu nie ma!). Na nowe objawienie, choćby w małym stopniu korespondujące z magią roku 97. W ostateczności na zbiór dobrych, pomysłowych kawałków. No i zgoda: jest to album zespołu Hey, pierwszy prawdziwy od czterech lat. Ale jaki on zwykły. Jaki wymuszony. Jaki nudny. Niby nie można się przyczepić, ale jednak.

Na Sic! nie ma (poza jednym wyjątkiem, o którym później) niczego, co by frapowało. Mam wszystkie płytki Hey i ta nowa nie wnosi w zasadzie do mojej świadomości niczego. Granie gitarowe, ciężkie, lżejsze, niby-melodyjne, zmiany tempa i tak dalej. Dopowiedzcie sobie sami. Co więcej: sporo tu elementów denerwujących, rażących, niepotrzebnych. Żeby było jasne: nie chodzi mi tu o zmianę personalną, że Banacha zastąpił Paweł Krawczyk (swoją drogą: pięć lat temu nie do pomyślenia). Akurat to mi powiewa, chodzi tylko o efekt końcowy.

Już po pierwszych dwóch piosenkach opadają nieco ręce. "Antiba" startuje z jakiegoś ostrego motywu, słabego jak barszcz. Wokalistka drze się, zupełnie bez sensu. Powiecie, że ona zawsze się darła. Tak, ale tam, to było co innego. Wprawdzie w środku na sekundę zapala się światełko (czytaj: barwne przejście na gitarce), by znów zgasnąć w potwornych hałasach. "Sic!" to bardziej zrytmizowana jazda, wciąż z masą przesterów. Melodia jest po prostu wkurzająca. O tekstach będzie oddzielny akapit, ale już na tym etapie muszę przytoczyć cytat: "Nie nie nie / Nie to nie / Mówię nie, gdy myślę nie". Nieeeee!

Trzeci w kolejności jest singlowy "Cisza, Ja I Czas". I muszę przyznać, że spodobał mi się ten świeży, nieomal post-rockowy riff, napędzany ciekawym wokalem Nosowskiej. Bas zgrano troszkę za głośno, ale kiedy w refrenie Katarzyna śpiewa bez słów na dwa głosy (ekstra harmonie), to przypomina mi się Stereolab, a na twarzy pojawia uśmiech. Tak, dobry wybór na promowanie albumu. Bo później jest już, w przeważającej większości, bardzo szaro.

Znośny "Romans Petitem" jest tylko namiastką najlepszych ballad w dorobku grupy, w dodatku zasypiam przy wtórnym refrenie. Podobnie "Mikimoto – Król Pereł", który naśladuje szybsze, energiczne klasyki, z Ho!, czy nawet Fire. Nie mam czasu na szperanie, ale melodia jest wyraźnie poskładana z mostków, które już Hey grał, więc żadna to przyjemność. "Zeroekran" po prostu błaga o przebaczenie. Nie. Wszystkie trzy wymienione utwory skomponował Krawczyk, który zarzekał się, że w tym względzie inspirowała go głównie muzyka Coldplay. Hm, ja tego nie słyszę. Gdy jednak zastanawiam się, co najbardziej mnie na Sic! mierzi, to dochodzę do wniosku, że teksty. Nie wiem, może gdyby Nosowska wyśpiewała do tych cierpiących melodii takie liryki, na jakie ją stać, to odbiór całości byłby inny? Czas się pogodzić z faktem, że formuła codziennych, egzystencjalnych spostrzeżeń w jej wykonaniu się wyczerpała. 

Teraz mogę wam zdradzić, że jest na Sic! jeden fragment wybitny, który lśni osamotniony na tle pozostałych. Mowa o kapitalnej "Cudzoziemce W Raju Kobiet", jedynej w zestawie oryginalnej, poszukującej, wychodzącej naprzeciw jakimś wyższym oczekiwaniom. Po pierwsze: sam motyw jest piękny. Świetnie rozprowadzony na wszystkie instrumenty, czarowny. Kontrastem dla smutnego podkładu jest popis wokalny Nosowskiej. W zwrotce melodeklamuje, celowo koślawiąc linię: "Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia", okraszając każdy skończony wers mistrzowskim, onomatopeicznym pół-okrzykiem, co brzmi zgoła awangardowo. Ale oto w refrenie śpiewa czystym głosem, jak tylko potrafi. Krótka, w porę powstrzymana solówka i znów zwrotka: teraz wokalistce wtórują subtelne manipulacje próbki z tą samą partią. Super! Także i tekst, jako jedyny chyba na Sic!, powala. "Dokładnie tam" może się kojarzyć z "Konstytucjami" Janerki, ale co tam! Jest pięknie. Ojej, jak ja na takie momenty czekałem. To jeden ze szczytowych w całej historii formacji.

Co jednak z tego, skoro reszta materiału wypada bezbarwnie. Główny akord pieśni "Pea Sorela" jest dosłownie kopią genialnego "To Trzeba Lubić" z Karmy (nawet w tej samej tonacji zagrali!). Do końca będzie w kratkę: "Fotografia" ma miły refren, ale zwrotka równie nijaka, co ta z "Dolly", zamykającej płytę. I jeszcze raz Nosowska drażni słowami: "Najlepiej było wtedy, kiedy kogoś miałam w sobie / Gdy pachniało deszczem, gdy marzyłam wieczorem / Gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem". Ja tam wolę, jak Katarzyna karmi wróble.

Borys Dejnarowicz    
19 marca 2002
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships