RECENZJE

Here We Go Magic
Here We Go Magic

2009, Western Vinyl 6.8

Oni o sobie: "We like the way the name sounds so we set it to music. Our own Luke made a beautiful record and we joined him to make something together. We are creating songs from melodies that can turn from gorgeous to challenging to a little scary and back again. Sounds are driven and shaped by, but hopefully never grounded by, rhythms that entrance before performing a somersault. It all seems silly on paper, but there are no dirty words: groovy, psychedelic, pretty etc... are all fair game. It is our hope that we generate something generous and surprising, crafted but instinctive, even as it coalesces. So far it is a lovely ruckus."

Ja o nich: wyjątkowo prezentuje się ta melodyjna mieszanka różnych odcieni indie – od tradycyjnego, amerykańskiego folku ("Everything’s Big"), poprzez nastrojową psychoelektronikę ("Nat’s Alien"), do Fenneszowego ambientu tekstur ("Ghost List"). Całość została też, przez Luke’a Temple i jego "ekipę czarodziejów", pomysłowo urozmaicona masą ciekawych i, co ważne, adekwatnie zastosowanych efektów (jakieś echa, pogłosy, gliche i inne "cuda na kiju"). Słuchając Here We Go Magic mamy po pierwsze wrażenie bogactwa i różnorodności albumu, a po drugie inteligencji i twórczego wyczucia jego autorów. Dla mnie jednak słowem kluczem od początku stała się *elegancja* – sposób w jaki płyta brzmi i w jak zostały skonstruowane poszczególne utwory, to właśnie słowo przywołuje (Udało się to osiągnać, mimo że nagrywana ona była w domowych warunkach, przy użyciu mocno ograniczonego arsenału środków).

Self-titled jest jak waniliowa kawa, którą mama przysłała mi parę lat temu z Kanady – nie ważne jak chujowo byś się czuł/czuła (a ja w tamtym okresie notorycznie czułem się przechujowo) i z jak niesmacznymi ludźmi los by cię nie skojarzył – po wypiciu pokaźnego kubka tejże (z dużą ilością cukru i mleka), w ustach przez dłuższy czas pozostawał aromatyczno-słodki smak i chociaż przez chwilę można było poczuć się zajebiście. Okej, nie będę was tu zamęczać dziecięcioma akapitami ględzenia. Myślę sobie tylko, że gdyby wszystkie indie-bandy w tym samym stopniu przykładały się do tworzenia i dysponowały takim talentem jak nowojorczycy, nasz "muzyczny świat" byłby lepszy... Keep up the good work guys.

Paweł Greczyn    
25 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja