RECENZJE

Herbert
Scale

2006, !K7 6.8

Te piosenki, myślę sobie, to jak jakieś nieznane hity z radia przechwycone przez Matthew Herberta i przepuszczone przez własnoręcznie zrobioną maszynkę do charakteryzacji przebojów. Czy ktoś jeszcze miał takie wrażenie? Przeboje, co jest już akurat pewne, podłączono także do urządzeń ze stacji benzynowej, do samochodu, trumny i 720 innych obiektów (patrz okładka i książeczka do płyty), które mają podobno, między innymi, nadawać temu wszystkiemu uboczne polityczne znaczenie i chodzi tutaj na przykład o Dicka Chenneya oraz olej napędowy. Te ostatnie tematy Herbert chciałby, jak sam twierdzi, w zasadzie pominąć, ale same się wprosiły powodu warunków środowiska i nie można już udawać, że ich nie ma.

Podczas przechwytywania coś się nawet przemieszało z piosenkami, które już raz słyszeliśmy (ale nie że sample, oczywiście, to w końcu Herbert, patrz PCCOM, choć użyto niemało "found sounds" w postaci różnych odgłosów nadsyłanych przez fanów na prośbę artysty) – heh, czy w drugim kawałku są jakieś echa "Can't Get You Out Of My Head", czy mi się zdaje? A w trzecim jakaś Jamelia mi wręcz pobrzmiewała, przyznam się, czy jakiś też Prince, a w pierwszym jakby McCartney grał na pianinku, czy mi się zdaje? Czyli w sumie specyficzny, ucharakteryzowany, choć wciąż łatwo przyswajalny i przyjemny pop. A najważniejsze, że zmieszał się jeden Herbert z drugim, trzecim i tak dalej – mamy tu wiele wspólnego i z Bodily Functions, i trochę z klasycznym Around The House, nawet z Goodbye Swingtime – udział biorą muzycy z tamtego właśnie "Big Bandu", a zwłaszcza wiele wspólnego jest z Ruby Blue.

House, jazz, melodyjki i orkiestra, prawie trzysta przedmiotów wydaje odgłosy, a do tego niezawodna Dani Siciliano. No i wiecie co, tego da się słuchać, to wszystko działa, to jest naprawdę bardzo w porządku popowa płyta, zwłaszcza pierwsza jej połowa, a zwłaszcza pierwsza piosenka, chociaż ta płyta jest zrobiona z niecodziennych, jak zwykle u tego artysty, składników. I to jest najlepsze; zostawmy może lepiej w spokoju to, co nie jest tu czystą zabawą. Polityczne spostrzeżenia nie wysuwają się przecież właśnie na pierwszy plan. Spostrzegamy je i już. "Zaangażowanie" Herberta wygląda na szczęście tak, że to polityka jest angażowana do bycia materiałem użytym w muzyce jak każdy inny, a nie na odwrót. "Jak każdy inny" to jednak na poziomie muzycznym – bo Herbert nie ukrywa swojego poczucia politycznej misji. I na tym poziomie jest podobnie z każdym innym materiałem na tej zwłaszcza, ale i na wcześniejszych płytach – każdy gatunek i każdy dźwięk może współistnieć, bo ostatecznie liczy się konstrukcja. Z tym że nie jest to konstrukcja w stylu Matmos (choć oni też lubią co dziwniejsze odgłosy i instrumenty), bo te wszystkie ekstrawaganckie środki prowadzą na Scale wyłącznie do najwłaściwszego muzycznego celu, jakim jest dobra piosenka i przyjemność słuchacza. A polityka swoją osobną drogą – zauważa się ją, ale nie pozwala się na zdominowanie przez nią konstrukcji, zwłaszcza jeśli zaryzykuje się wykorzystanie jej jako "found sound". Jak mówi o Scale sam autor – "It's designed to be enjoyable".

Zosia Dąbrowska    
16 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja