RECENZJE

Helm
Chemical Flowers

2019, PAN 7.2

Od kilku tygodni przysłuchuję się ciemnym, zamglonym dźwiękom wygenerowanym przez Luke'a Youngera i mam wrażenie, że ciągle nie udało mi się zgłębić ich istoty. I pewnie w innym przypadku dałbym sobie spokój i odstawił wydawnictwo, aby dopiero gdzieś w grudniu doń wrócić i wtedy ostatecznie (z perspektywy roku) wydać osąd. Ale akurat Anglik ma u mnie przywileje, które zyskał dzięki Olympic Mess – jeśli chodzi o wciągający jak narkotyk pop-industrial ambient w niezwykle przystępnej odsłonie, to raczej nie znajdę nic lepszego w tej dekadzie. Pamiętam też świetny występ przy świecach w Pardon, To Tu, więc nie mogłem tak po prostu zostawić sprawy. Ale właściwie może rozjaśnię to bardziej: otóż Chemical Flowers mi się podoba, i to bardzo. Myślałem tylko, że po prostu Luke przebije tym albumem poprzednika. Moim zdaniem jednak mu się nie udało, ale wciąż słucham i słucham, żeby sprawdzić, czy faktycznie, czy aby na pewno...

Ale dobra, spróbujmy odgadnąć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Chemical Flowers zasadniczo różni się od Olympic, i tu nie ma dyskusji Może nie diametralnie, ale trudno mówić o "logicznej kontynuacji" (choć przed premierą LP, można było sądzić, że taka kontynuacja powstanie: patrz EP-ka Rawabet). Miast rzeźbić w miękkiej gładkości płynnego ambientu, któremu wtórowały karmiąca zmysły musique concrète, przyjemnie trzeszczący glitch, czy robotyczne tkanki cyber-maszynerii, pan Younger postanowił przejść na ciemną stronę mocy ambientu przy jednoczesnych awangardowych zakusach. Nie da się ukryć, że nie znajdziemy tu już takiego nagromadzenia elementów, tak bogatej palety środków, nie wspominając już o energii w rodzaju wybuchających chemicznych pierwiastków. Nie. Jest oszczędniej, ale Luke nie zapomniał, jak buduje się atmosferę i stopniuje napięcie.

Weźmy opener "Capital Crisis (New City Loop)". Szkoda, że album nie wyszedł ze trzy lata temu, bo może wtedy Lynch wplótłby gdzieś ten fragment do Twin Peaks: The Return (pasowałby znakomicie między miniaturkami Deana Hurleya). Drugi "I Knew You Would Respond" brzmi jak a) b-side Radiohead z czasów Kid A/Amnesiac (to komplement), albo b) remiks jakiegoś tracka z Nothing Is Still (na przykład "Envelopes" – też komplement!) popełniony przez Helm. "Body Rushes" to jak dla mnie muzyczny soundtrack do niekiepskiej burzy: czarne chmury, deszcz po kostki, armia piorunów, tańcząca niestabilność Kelvina-Helmholtza.

I teoretycznie najmniej zajmują mnie tutaj te bardziej dark-ambientowe sytuacje. Nie żebym nie lubił (bo lubię, i to nawet do tego stopnia, że z chęcią wybrałem się na gig Lustmorda). Weźmy "Toxic Racecourse" (a więc filmowa groza zmieszana z obligatoryjnymi elementami jakiejś partyturowej jazdy à la Pendercki) i muzyka Helm traci swój unikalny charakter, bo czy takich utworów w "popie" (bo gdyby wziąć pod uwagę poważkę, to dopiero by było), nie powstało NA PĘCZKI? Jjeśli chodzi o ogólny obraz całości, to w ogóle mi to nie przeszkadza i nawet jest to jakaś inność, ale przy sfocusowaniu wnioski mam takie, jak powyżej. Zwłaszcza, że "Leave Them All Behind" swoim dusznym, gorącym rytmem przywodzi na myśl rozpalone jak wulkaniczna magma urywki Mess, a utwór tytułowy to tak piękny landscape, jak te od Wolfganga Voigta, więc właściwie nie ma się czym martwić? Może tylko postawiłbym po kropce w ocenie nieco wyższą cyferkę (bo czuję, że w przyszłości Chemiczne Kwiaty spodobają mi się jeszcze bardziej), ale na dziś dzień taka nota styka.

Tomasz Skowyra    
7 sierpnia 2019
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors