RECENZJE

Helado Negro
This Is How You Smile

2019, RVNG Intl. 7.3

Możliwe, że Helado był w szkole Eddiem Murphym. Możliwe, że jest samoukiem, może nawet genialnym ("akordu D-dur uczyłem się całymi nocami przez pięć lat"), kto wie? Z pewnością longplay This Is How You Smile zawiera w sobie cały bagaż autorskich fluktuacji, ale paradoksalnie jest efektem zimnej wojny odrębnych barwników, pachnideł, wahadeł czy kruszców skradzionych prawilnym ministrom ("dajcie spokój z tym ministrem... stare dzieje") poszczególnych popowych resortów. Czyli właściwie nic nowego, jeśli chodzi o modus operandi Negro. A jednak coś nowego.

Skierujmy na moment wzrok na całkiem pokaźny dorobek tego "amerykańskiego Ekwadorczyka" i spróbujmy go jakoś uporządkować, bo "porządek w aktach musi być, bez względu na ustrój". Można w nim znaleźć między innymi słoneczną brazylianę z leciutkim podmuchem Stereolab ("Venceremos"), orzeźwiającą folktronikę z mechanizmem małej zabawki ("Lechuguilla"), dream-synth-popowe latawce ("2º Dia"), nieśmiałe post-disco podane na czyściutkim spodeczku ("Mamember (Long Largo)"), trzeszczące avant-faktury z rodziny Autechre ("Pressed"), rozmazany ambient-dance z grubo ciosanymi pacnięciami synthów ("Dance Ghost"), zainfekowany hypnogogicznym wirusem deep-house ("Junes"), 60‘sowe harmonie wokalne skąpane w dyskretnym klawiszowym popie ("Las Preguntas"), wprowadzające niepokój ilustracyjno-soundtrackowe sytuacje ("Stop Living Dead"), skompresowany micro-house odbijający w zwierciadle Arthura Russella ("Salva Nada"), post-chillwave epoki post-Causers ("Myself On 2 U"), kontrolowany synth-funk w purpurowym obiciu ("It's Our Game"), schowany za ciemną freakfolkową zasłoną lajtowy noise-pop ("Tartamudo"), lekko odrealniony indie-pop w tęczowych barwach, który ma swoją kontynuację na nowym długograju ("Runaround")...

Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać, ale ograniczyłem się do przykładów z brzegu, co i tak pozwoliło w jakiś sposób uchwycić spektrum dokonań tego niepozornego songwritera. Wygląda trochę na to, że każdy album/wydawnictwo to zupełnie nowy alchemiczny splot albo zupgrade'owany bukiet środków – tak, jakby Roberto wciąż próbował skonstruować jakiś zmieniający świat wynalazek, ale po ukończeniu swojego dzieła ciągle jest niezadowolony z efektu i znowu powtarza rytuał od początku, zmieniając tylko tekst zaklęcia. Z This Is How You Smile sprawa wygląda tak, jakby formuła Private Energy znowu została uprzywilejowana, ale tym razem usunięto z niej niemal zupełnie "taneczne" sygnatury, a całość poszybowała w stronę czułych ambient-folk-popowych jamów, bogato inkrustowanych dyskretnymi świecidełkami, światełkami, kreskami, plamkami, cętkami, biszkoptowymi okruszkami, surrealistycznymi migawkami, pękatymi łatkami, miękkimi szwami i podobnymi drobiazgami kreującymi i uwydatniającymi całkiem, hmmm, magiczny feel tego strumienia/KRĄŻKA. Czyli trochę dziwnie, a trochę wyjebane w modę (no, chyba że na sukces).

To teraz tak: kogo możemy tu usłyszeć? Akurat w tej kwestii mogę pójść na łatwiznę, bo wystarczy zerknąć na ten spójny zestaw, aby problem się wyjaśnił. A gdybym miał coś dorzucić z własnych skojarzeń, to dodałbym na przykład stary Mercury Rev. Bo weźmy oświetlony księżycowym blaskiem opener "Please Won't Please" ewokujący tę unikalną baśniowość znaną chociażby z Deserter's Songs. W "Imagine What To Do" na wysokości słów "And it's okay to cry / When it feels like it won't ever come back" zaczynam myśleć o tym, co w tej chwili robi Sufjan Stevens, a przy okazji zastanawiam się, czemu Justin Vernon nie pisze takich piosenek zbyt często. Z kolei abstrakcyjne cekiny i DRAPERIE w "Todo Lo Que Me Falta" przypominają mi nieco pierwsze albumy Múm (wiem, wiem, rozmienili się na drobne albo roztopili jak lodowiec w słońcu i nikt dziś o nich nie pamięta, ale akurat do Yesterday Was Dramatic zdarza mi się czasem wracać – może stąd skojarzenie). No i jeszcze rozczulający swoją pętlową konstrukcją "Two Lucky", przywołujący Circulatory System (niekoniecznie debiut), choć bez całego beatlesowskiego rodowodu.

I z pewnością warto zatrzymać się przy każdym indeksie, słuchać od początku do końca, bo Roberto Carlos ("po lewej stronie") przez niemal cały czas jest czujny jak songwriterska łasica. Gdy nagle zatrzymuje się w leśno-ogniskowo-biwakowym "Pais Nublado" na 2:21, mam wrażenie, że wokół materializują się dorzecza, fiordy, ciągi liczb i fraktale wyłaniające się z ambientowej mgły. "Seen My Aure"? Gdybym był bezczelny ("sam nie wiem, czy to bezczelność, czy pewność siebie?"), to napisałbym: "brakujące ogniwo pomiędzy taneczną, postpunkową energią Talking Heads a melancholijną psychodelią Radiohead", ale nie jestem, więc nic nie napiszę. Dalej idąc: gdy Helado rzuca gitarowymi plecionkami w pięknej fortepianowej pieśni "Running", gdy z gracją latynoskich trubadurów ("TURBAAAA DURYCH") przenosi się do ojczyzny dawnego lewego obrońcy Realu Madryt z numerem 3 na koszulce w "Sabana De Luz", gdy bierze się za przygaszoną bossa novę trzymającą w mocnym uścisku folktronikę w "Fantasma Vaga" (chyba moim ulubionym momentem albumu jest ten na wysokości 2:34, gdy ukryty w aksamitnym sreberku bit minimal techno punktuje rozgrywane właśnie na naszych uszach wokalno-ambientowe igrzyska życia – te jelinkowe serpentyny na 2:45 to oczywiście faworyci zawodów) albo wspomina jakąś zimną jak Neptun listopadową historię w jaskrawej avant-ambientowej pocztówce "November 7". Właściwie wszystko mi się tu zgadza.

Czyli warto poświęcić panu Roberto trochę czasu, nawet jeśli pierwszy odsłuch całości nie spełnił Państwa oczekiwań. Tyle ode mnie, mam nadzieję, że jeszcze się gdzieś z Helado spotkamy, bo widać, że mknie do celu jak lewa Dybali i jest na dobrym tropie, żeby wreszcie znaleźć/zdobyć/odkryć to, na czym mu tak naprawdę zależy. Mordy, dajcie mu rok albo dwa, albo trzy... trzy...

Tomasz Skowyra    
2 kwietnia 2019
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra