RECENZJE

Hecker
Sun Pandämonium

2003, Mego 2.9

Każde ze znanych mi dotychczas wydawnictw Mego charakteryzuje się większym lub mniejszym stopniem eksperymentacji. Sun Pandämonium zalicza się do tych najbardziej dziwacznych i odstraszających doświadczeń, mającyh być morze na celoo sprawdzenie otffartości i wytższzymałości psyhicznej odbiorcoof, dokładnie tak jak zaprezentowana tu ortografia, gdyby ciągnęła się trochę dłużej niż przez jedną linijkę. Kolejny już Hecker (jeden bardziej posrany od drugiego) stara się poddać w wątpliwość przyjęte sposoby myślenia o muzyce, nie stwarzając nawet pozorów tworzenia czegoś chociaż odrobinę łatwo uchwytnego.

To jest taka sprawa, że Sun Pandämonium trudno oceniać kryteriami normalnie aplikowanymi w procesie szacowania wartości albumu. Mierzenie Heckera poziomem kompozycji albo skalą nowatorstwa szybko przywiodłoby wszystkich poszukujących wyjścia z labiryntu w ślepą uliczkę, na końcu której czeka już tylko głodny Minotaur. Rezygnowanie z rozwikłania zagadki byłoby jednak błędem. Owszem, Florianowi jak mało komu udaje się wyzuć swoje psychicznie chore wizje ze wszystkiego co tradycyjnie pozytywne, ale w jego schorzeniu mentalnym jest coś intrygującego, uzasadniającego potrzebę odnalezienia upragnionego sensu w bezsensie. Ubiegłoroczny bohater noisowego świata, Kevin Drumm, nie był tak drastyczny w swoim podejściu. Każda z czterech piekielnych impresji Sheer Hellish Miasma dawała się ogarnąć i zinterpretować, dzięki ładowi zaprowadzonemu w improwizacjach. Hecker, chociaż odrobinę zdrowszy dla słuchu, dokłada starań, żeby wszystko brzmiało na opak, "unfocused" i tak jak by normalny człowiek sobie tego nie życzył. Stąd łatwo zdyskwalifikować wykrzywienia zdrowego rozsądku w rodzaju dwudziestominutowego wiercenia "Stocha Acid Zlook" jako przypadkowe i bezwartościowe dzieło pijanego dentysty na kwasie, ale chowamy się wtedy przed tą mityczną kreaturą zamiast odważnie chwycić ją za rogi.

Uff "Stocha Acid Zlook" śffietnie nadavałaby się na cowysankę dla najbardziej niespokojnyh, zagoobionych tvorkowych duszyczek, w świetle dnia wołających "jestem Napoleonem", w ciemności kulących się pod kołdrą na odgłos liścia uderzającego w ziemię. Jeśli komuś przyjdzie do głowy usypiać tym utworem swoje małe dziecko, będzie zmuszony wstawać w środku nocy i otrząsać pędraka z koszmarów. Śnić mu się będzie (dziecku) zimowa wichura, helikoptery, zwalające się na ziemię dwudziestometrowe świerki i wiejski, drewniany domek bez elektryczności rozpadający się pod wpływem wiatru przeraźliwie świszczącego pomiędzy szczelinami belek. Na dorosłych pewnie nie robi to aż tak wielkiego wrażenia, jednak chatkę zawsze można sobie w myślach odtworzyć z pożytkiem dla wyobraźni.

"Stocha Acid Zlook" to akurat najmniej kontrowersyjny fragment płyty. Po nim Florian już do końca serwuje nam dość swobodne plumkanie – pojedyncze dźwięki wirtualnych kamyków wpadających w kałużę, trochę jak ze starych gier komputerowych, atonalne wstawki, urywane warkoty, klepanie się po brzuchu i wiele innych ciekawostek celowo porozrzucanych lub też pozlepianych nieskładnie.

Wydaje mi się, że Florian Hecker, tak jak wielu przed nim, próbuje przekonać do koncepcji – wszystko jest muzyką. Sun Pandämonium to nie do końca podlegająca ocenom płyta, raczej kilkadziesiąt minut hałasu rzadko przybierającego formę, ale w pełni słuchalnego. Najbardziej uderzające doświadczenie związane z tym krążkiem przydarzyło się przy odtwarzaniu na ogólnym, kiedy zdecydowałem się na sam w sobie spory eksperyment, sprawdzając jak dzieło ujawni się na wieży. Wow – pomyślałem. Jest kilka rzeczy, których się nie spodziewałem. Że lunatyczne produkcje z Austrii tyle w moim domu namieszają, że ludzie wciąż o ich koniec pytają. Zabrzmiało wprost rewelacyjnie – megowskie wybryki wypędziły z pokoju wszystko co się ruszało. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę ze swojego dużego już przyzwyczajenia (prawie sentymentu) do Heckera, ta neurotyczna kołysanka zaczęła mnie uspokajać, ale tak jakoś inaczej. To właśnie wtedy pstryknął mi pomysł – digital noise w funkcji ambientu. I myślę sobie, że już znalazłem wyjście z tego labiryntu. Kreto nadchodzę.

Michał Zagroba    
31 maja 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy