RECENZJE

Have A Nice Life
Deathconsciousness

2008, Enemies List 6.5

Podejścia do tej płyty mogą być przynajmniej dwa. Jeśli jakimś cudem swoją edukację muzyczną rozpoczęliście od niezalu, możecie przyjąć ten album z dystansem, ironicznym uśmiechem i protekcjonalnością. W końcu doznaliście epifanii w wieku, gdy wasi rówieśnicy doznawali co najwyżej siniaków na szkolnym boisku. Jednak wszyscy Ci, którzy mają na sumieniu konszachty z ciemną stroną mocy, powinni odebrać Deathconsciousness z rozrzewnieniem. Primo: cóż za tytuł!

Debiut Have A Nice Life to podwójny album zaopatrzony dodatkowo w książkę, będącą uzupełnieniem przesłania płyty. Średniowiecze. Zapomniana sekta. Skrywana tajemnica. Dan Brown. Raczej podziękował. Lecimy dalej. Mamy koncept, dołączamy depresyjny nastrój i zagorzałych fanów, rzucających swoje "santo subito". Nie brzmi najlepiej, co nie? "Jesteśmy smutnymi kolesiami, którym nic nie wychodzi" – mówił Afro. Nawet, jeśli to prawda, to tylko połowiczna, bo zdanie podrzędne w tym wypadku blefuje. A jak to często bywa: zdanie podrzędne ma znaczenie nadrzędne. Poza tym, do cholery, w czwartej klasie byłem królem strzelców!

Wypadałoby wreszcie o muzyce, bo pierwsze dwa akapity coś średnio korespondują z wystawioną u góry oceną. W warstwie dźwiękowej Have A Nice Life poruszają się pomiędzy ambientem a metalem, zahaczając po drodze o post-rock, shoegaze czy cold-wave. Pierwsza płyta mniej dynamiczna. Lub po prostu nudniejsza. Zresztą, jeśli ktoś oczekuje hooków, porywających melodii i zmian, zmian, zmian, to niech lepiej sięgnie po Of Montreal albo (jeszcze lepiej) nie siedzi przed komputerem (tam też jest życie). Dwa długie, walcowate, repetywne "Big Gloom" i "Hunter" bronią się, gdy zostawić im trochę czasu. No i jeśli jesteście w stanie znieść lo-fi. Bo wiecie Guided By Voices brzmi przy tym jak nowa produkcja Timby. I to nie jest lo-fi revival (jedyny, jaki widzę ostatnimi laty to wtf-revival). Bo to trochę tak, jakby ktoś powiedział, że jestem wegetarianinem, bo jem kopytka na stołówce – a po prostu nie mam kasy na schaboszczaka. Dan i Tim nagrali tę płytę na chacie. Początkowo przy użyciu mikrofonu wbudowanego w komputer (sic!), stąd nie dla audio-fi-li, lecz dla lo-fi-li. Co jeszcze o pierwszej płycie? Dużo ciemnoambientowych kawałków i "Bloodhail". Czyli hołd dla brzmień cold wave trochę. Jednostajna perkusja, wyrazisty bas i (tu niespodzianka) piosenkowa formuła. Plus plus za chwytliwy refren z ładnym chórkiem, pogłosem i czymś na kształt harmonii wokalnej na koniec. Przyjemnie.

Druga płyta lepsza. Dan przyznał, że wszyscy ich przekonywali, że dwupłytowy album, jako debiut, to promocyjna zguba, ale się nie ugięli i... trochę szkoda. Zbudowane w dość podobny sposób: "Holy Fucking Shit, 40 000" i "Waiting For Black Metal Records To Come In The Mail" potwierdzają inspiracje skandynawskim black-metalem w warstwie produkcyjnej i wychodzą obronną ręką dzięki całkiem chwytliwym riffom. Choć, co bardziej wymagających, długość utworów może męczyć. Gdyby w pierwszym zostawić wokal w spokoju, to przez pierwsze kilka minut mielibyśmy amerykańską wersję Kinks (no prawie), lecz potem gitara i do przodu. No i fajnie "jadą", nie powiem. Później marszowa perkusja i wyłania się akustyk, tworząc ładną klamrę. W drugim Dan i Tim niedługo czekają na te black metalowe nagrania, bo już na wysokości 1:30 biorą sprawy w swoje ręce (może wiedzą, że poczta lubi strajkować). Po nich "Deep, Deep" – pierwszy tak mocno uzasadniony, instrumentalny, dający odpocząć utwór. Zwłaszcza, że po nim dwa najlepsze kawałki na całym Deathconsciousness. "The Future" – najbardziej przebojowy utwór na płycie, z napędzającą wszystko ładnie sekcją rytmiczną i klawiszami w refrenie, przywołującymi Sisters Of Mercy chociażby. "I Don’t Love" z kolei, mocno nawiązuje do brzmień spod znaku My Bloody Valentine i choćby za to piona. Rozpoczyna Dan a capella, bawiąc się przez pół minuty przyjemną dla ucha melodią, by nagle ustąpić przygniatającej, brudnej gitarze pięknie podbitej basem. Zza nich od tego momentu dobiega wokal, wsparty po chwili głosem Tima. Shoegaze wersja garażowa za 2.99 dolarów. Całość kończy kilkunastominutowy, klasycznie post-rockowy "Earthmover". Obdarzony oczywiście bogactwem przesteru.

Jeśli w młodszej młodości pisywaliście smutne wiersze, czytywaliście Schopenhauera, nosiliście kostkę, a 13 grudnia piliście nie tylko z powodu Jaruzelskiego, to Deathconsciousness powinno Was ruszyć. A wszystkich was, którzy na bieżąco jaraliście się shoegazem, post-rockiem czy amerykańskim lo-fi (anybody?) może zachęcić nienachalnym czerpaniem z tych źródeł. Podczas rozmowy Dan powiedział mi, że następne wydawnictwo będzie kontynuacją utworów nagranych jako ostatnie (sam proces trwał kilka ładnych lat) na Deathconsciousness: "Bloodhail" i "I Don’t Love", więc prognozy są optymistyczne, chociaż ten przymiotnik w wypadku Have A Nice Life wydaje się być trochę nie na miejscu.

Jan Błaszczak    
16 czerwca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja