RECENZJE

Harvey Milk
A Small Turn Of Human Kindness

2010, Hydra Head 6.0

Po latach działalności (kolejnego) zespołu z Athens, można już z całą pewnością stwierdzić: obrana nazwa okazała się profetyczna – poziom niezrozumienia dla Harvey'ów jakoś drastycznie nie wzrósł w ciągu ostatnich 30 lat. Być może to kontrowersyjna teoria, ale jeśli tylko spojrzymy na jakikolwiek moment w karierze tego wyjątkowego trio z Georgii, zobaczymy że wzór na reakcje ich fanów: albo nie istnieje, albo składa się z samych niewiadomych. Niekoniecznie mam tu na myśli standardowe: "nieogarnianie geniuszu przez zapyziałych szalikowców, powiedzmy, metalu" – sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Harvey Milk zaczynał w połowie lat 90-tych, grając muzykę brudną, powolnie się toczącą (no, może z wyjątkami) i niezwykle ciężką (bez wyjątków). Inspiracje Spiersa, Tannera i Trudeau'a lokowały się gdzieś pomiędzy Melvins a noise-rockiem spod znaku Big Black czy Jezus Lizard. Co więcej, słynny debiut Harvey Milk (słynny - gdyż przez ponad dekadę krążył pośród fanów zespołu, by oficjalnie ujrzeć światło dzienne dopiero w 2009 roku) został zarejestrowany przez Boba Westona – zasłużonego basistę Shellac. Oprócz sludge'owych walców (warto podkreślić, że wszystko ma miejsce jeszcze przed wydaniem Through Silver In Blood - debiutu Neurosis w Relapse Records) Harvey Milk zawiera szaleńcze pociski w klimacie "Kyuss robi hardcore". Rzecz warta sprawdzenia, nawet jeśli następne w kolejce My Love Is Higher Than Your Assessment Of What My Love Could Be (czy tylko przychodzi na myśl debiut McLusky?) zawiera w sobie prawie połowę debiutanckiego materiału. Problem z drugim (a w zasadzie pierwszym – casus Fake Train Unwound) jest taki, że momentami Spiers i spółka nie potrafią zahamować swoich eksperymentatorskich zapędów: jeśli ośmiominutowe, instrumentalne "A Small Turn Of Human Kindness" intryguje, niemalże, drone'owym podejściem do tematu, to "The Anvil Will Fall" (z orkiestralną wstawką z Gustava Holsta) zaakceptują już tylko fani poczynań Ulver circa Blood Inside.

Jakiekolwiek estetyczne wątpliwości rozwiewa następne w kolejce Courtesy and Goodwill Toward Men, które do ciężkich, monumentalnych, obarczonych eksperymentem kompozycji inkorporuje elementy hard rocka a nawet bluesa. W efekcie leniwie pobrzękujące arpeggia rodem z nudnego Południa, snują się minutami, by wybuchać w Neurosisowskie sprzężenia i darcie mordy. Smaczków zresztą tu cała masa – takie "Go Back To France" to, praktycznie, solowe dzieło Trudeau, któremu towarzyszą jedynie złowrogie , wydobywane niewiadomo jak, szumy i trzaski. Pomimo niewątpliwej zajebistości, Harvey Milk sprzedaje płyty w krótkich seriach i, generalnie, nie przebija się do szerszej świadomości. Pleaser – ostatni album przed zawieszeniem działalności, ukazuje się przy całkowitym braku zainteresowania ze strony kogokolwiek. Harvey Milk przestaje istnieć na najbliższe siedem lat.

W najmniej oczekiwanym momencie, czyli podczas gdy chłopaki stawali się mężami, ojcami, pracownikami miesiąca itd., o zespole zaczęło się robić głośno. Być może za sprawą rosnącej popularności gatunku, a może wśród starych fanów (i tych, którzy po prostu słyszeli o zespole) pojawiła się nostalgia powodowana tym, że już nigdy usłyszą ich "na żywo" – zwłaszcza, że o wersje studyjne też nie było łatwo (płyty nagrane w latach 90-tych – wyprzedały się). Tak czy owak, pojawił się popyt a Spiers czy Tanner byli zasypywani mailami z prośbami o reedycje i publikacje mniej znanych nagrań. Na fali tego entuzjazmu Harvey Milk postanowiło się reaktywować i pokazać, że mają do zaprezentowania coś więcej niż jubileuszowe wydawnictwa. Podpisali kontrakt z Troubleman Unlimited Records (heh), wydali znakomite Special Wishes… i chuj.

Jeśli to na okładce Courtesy and Goodwill Toward Men znalazło się zdanie: "ZZ Top is the best", to dopiero na piątym albumie Harvey Milk prezentuje swoje południowe korzenie w pełnej okazałości. Na Special Wishes zespół ogranicza swoją eksperymentatorską odnogę, by żenić wpadające w ucho melodie z pogranicza southern rocka, hard rocka i blusa (zarówno ZZ Top i Led Zeppelin, jak i miejscowi ziomale z Drive-By Truckers) z ciężarem okrzepniętego już sludge'u. Fani docenili, krytyka – jakby mniej. Tym razem (uwaga!) to ludzie mieli rację.

Nie zrażając się niewielkim poruszeniem wokół Special Wishes (prawdopodobnie dlatego, że i tak było one większe niż w przypadku poprzednich płyt), Harvey Milk konsekwentnie podążali obraną ścieżką stylistyczną. Life… The Best Game In Town, poza tym, że po raz kolejny zdradza wyborne poczucie humoru Spiersa i spółki, zawiera najbardziej melodyjny, jak dotąd, materiał i w konsekwencji spotykało się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Nierzadko śpiewane, pełne chwytliwych riffów, kompozycje i patronat większej wytwórni (Hydra Head) sprawiły, że Harvey Milk trafił nie tylko pod strzechy wielu, którzy o trio z Georgii do niedawna nie słyszeli, lecz również zagościli w listach końcowo-rocznych wielu portali i magazynów. Sukces pieczętowały, zapadające w pamięć, (powiedzmy) single: "Motown" (hehe) i "Death Goes To The Winner". Ta druga kompozycja, to już w zasadzie klasyk: dwuminutowa kołysanka eksplodująca jednym z najbardziej chwytliwych riffów w ciężkiej muzyce ubiegłej dekady. Przez parę minut Spiers, rzeczywiście, jest Iommim - a nawet Ozzym, jeśli dodamy do tego meta-kozacki tekst "Life is the best game in town / and death goes to the winner". Krytyka oszalała, a tak naprawdę, poza świetnym opener'em i, przypominającym o punkowej proweniencji, "Barnburner" – nie ma tu tak wiele dobrego, jak na poprzednich albumach zespołu. Co ciekawe sam Spiers wygadał się, że Life… The Best Game In Town jest ich najsłabszym albumem i ta cała reakcja… trochę go dziwi.

Mając na uwadze hype jaki towarzyszył Life… The Best Game In Town, tym większy szacun, że na tegorocznej płycie zespół postanowił trochę namieszać. Już sam tytuł A Small Turn Of Human Kindness wskazuje na powrót do korzeni – i niewątpliwie, coś w tym jest. Siódmy album trio z Athens spycha southernowskie nawiązania na drugi plan (choć te wciąż są obecne), czerpiąc w zamian po trosze z depresyjnych doom bądź nawet dronowych brzmień. Kompozycje leją się powoli, sekcja uderza nieśpiesznie, acz piekielnie mocno – jeśli ktoś stwierdzi, że to najbardziej Swans'owski album grupy – nie będę się upierał.

Nie potrafię wyróżnić żadnego z kawałków zawartych na siódmym krążku Harvey Milk, gdyż jest to album bardzo spójny (nawet koncept-album) – co dla niektórym będzie walorem, innych zaś pewnie będzie nudzić. Rzeczywiście, nie jest to płyta porywająca – nie pojawią się tu chwytliwe refreny, wyróżniające się riffy, niesamowite eksperymenty. A Small Turn Of Human Kindness jest dla zespołu tym, czym dla Neurosis było Given To The Rising – klasowym powrotem do surowych początków. Jednak w przypadku Spiersa i spółki proces ten niesie za sobą coś nowego, coś intrygującego, coś czego jeszcze tu nie było. Siódemka na tyle zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem, że gdyby ta recenzja była o stronę krótsza – ocena oscylowałaby w granicach piątki. Ergo, doskonała płyta dla nudziarzy – reszta i tak tu nie dotarła.

Jan Błaszczak    
20 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja