RECENZJE

Hail Mary Mallon
Are You Gonna Eat That?

2011, Rhymesayers 5.8

Jedna z najjaśniejszych,a przynajmniej najbardziej rozpoznawalnych, gwiazd podziemnego hip-hopu ostatniej dekady nie doczekała się u nas nic, poza dwiema wzmiankami przebrzmiałych kawałków u zarania działu Playlist pod koniec 2004 roku. Rozumiem to, rozumiem, bo Aesop nie dał nam większych szans na aprecjację. Kiedy zaczynaliśmy w ogóle zajmować się hip-hopem "na poważnie", on znalazł się już w zupełnie odizolowanym od znanej nam rzeczywistości kawałku wszechświata. Siedem lat temu Zagroba cierpiał katusze, próbując znaleźć jakieś punkty odniesienia dla mocno - użyjmy eleganckiego słowa - eklektycznego Bazooka Tooth. Tyle, że, z perspektywy, to jest całkiem spójna mroczna sprawa, ledwo-opowieść spajana opisami zaułków NYC, do których nie dotarł żadnej perspektywy, jakiś jeden dzień Wielkiego Jabłka, w którym dzieje się mnóstwo, a na koniec i tak kosmici rozpierdalają wszechświat. Urocze, ale po anegdotycznych opowieściach o Lucynce, która rysowała całe życie, aż umarła ("No Regrets" to jeden z najlepszych białych hip-hopowych storytellingów w ogóle), czy chociażby legendarnym "Daylight", wersy typu "He rose to see salt in the open blisters but / Blind anarchy slips through the cracks / See naked martyrs with bubbliscious on fishing rods itching to pull it back" mogły być nieprzysiadalne. Tak, była ogromna przepaść między konkretnym Labor Days, a absurdalnym Bazooka Tooth, ale prawdziwym testem hardkorów było None Shall Pass z 2007 roku, kiedy do dziwacznych tekstów dołączyła zupełna dowolność brzmieniowa. Album, produkowany na zmianę przez Blockheada i Aesopa, atakował rockiem, muzyką niemal smyczkową, IDM-em i czym tam jeszcze nie do opisania, a utwory genialne atmosferyczne sąsiadowały z zupełnym badziewiem. Więc ci nieliczni, którzy przy Aesopie wytrwali, w tym ja, pytali - co dalej?

Przez cztery lata Aesop odpowiadał wymijająco, zajmując się jedynie featuringami u kolegów. Do tego produkcja w jakichś dziwnych pobocznych projektach dziwnych ludzi (Kimya Dawson, WTF?) i jednorazowa reaktywacja Weathermen (których koncert nawet raz mi się przyśnił i był żałosny) na czwartej składance Definitve Jux. Kilka indeksów dalej, na tym samym krążku znalazł się też pierwszy opublikowany kawałek projektu Hail Mary Mallon, "D-Up", w którym u boku Aesopa znalazł się Rob Sonic. Obaj panowie nawzajem gościli na swoich płytach i wysmażyli co najmniej dwa świetne momenty - "Smoke If You Got'Um" i "Dark Heart News" - więc w sumie czemu nie. Co więcej - akompaniował im DJ Big Wiz, co od razu ustawiło podkład bardziej w stronę technologicznych i hałaśliwych highlightów Roba, niż zdziwaczałych ótworuw Aesopa. Trudno było jednak projekt potraktować poważnie, skoro znalazł się pośród piosenek martwego Camu Tao, czy niemal nieistniejącego Despota.

A tu proszę. Rob Sonic, Aesop Rock i DJ Big Wiz są nową supergrupą (hihi) topornego białawego brooklyńskiego undergroundu. Chociaż nie. Dla Aesopa Hail Mary Mallon - proponuję też poczytać coś o tej pani, nie dlatego, że to ma związek z muzyką, ale jest po prostu ciekawe - to jest pewnie jakiś sposób na podbudowanie swojej pozycji przed kolejnym długograjem. Dla Roba, który pałętał się z dwiema nienajgorszymi płytami gdzieś po obrzeżach świadomości, szansa na wyrobienie sobie nazwiska. DJ Big Wiz jest wszędzie, więc dla niego to po prostu kolejna linijka w Wikipedii, o ile ktoś mu zrobi hasło w końcu. Panowie wydają swoje dzieło w Rhymesayers, które najwyraźniej traktuje projekt poważnie: trzy klipy, sprezentowane w niewielkich odstępach, fakt, że niskobudżetowe i kiepskie, to i tak nie w kij dmuchał.

Rob Sonic i Aesop Rock potrafią powiedzieć bardzo dużo słów w bardzo krótkim czasie, więc nie żałują sobie strumieni świadomości, ale uczciwie się uzupełniają. Kiedy Aesop odpływa w psychotyczne wizje strusi łamiących łokcie na hitlerowskim talerzu światła bungalowów, Rob Sonic jakimś punchline'em pozwala sprowadzić ciąg impresji na ziemię. To w ogóle fajna sprawa z tym Aesopem, że przy kolejnym odsłuchaniu utworu wyłapuje się jakieś nowe zdania, które układają się w, powiedzmy, całość, ale dojście do całego przesłania to zabawa jedynie dla najbardziej wytrwałych. Hej, i refreny są całkiem funkujące, nie wiem jak oni to robią, ale te akurat chce się powtarzać.

A sama muzyka - jak na coś zrobione w sumie mimochodem - ma poziom zdecydowanie zadowalający. Większość podkładów niesie w sobie drobne ładunki apokalipsy i irytująco-fascynujących podkładów, jak w singlowym "Meter Feeder" zbudowanym na trzech ryjących banię dźwiękach, które nie chcą się od tej bani odkleić nawet wiele godzin później. Są patenty znane na przykład z płyt El-P - eksplodujące space-bity w "Garfield" - a z drugiej strony niemal retro-sample w "Holy Driver". Jest też dziwaczne interludium, które ustawia nas w odpowiednim dystansie do Are You Gonna Eat That? - mikro-stadionowe "Breakdance Beach", raczej materiał na podkład do Super Mario Flash 2 niż do portfolio jakiegokolwiek producenta. Nic to, jest zabawa. W ogóle mam wrażenie, że to nie jest płyta robiona zupełnie na serio, bardziej rozwinięcie jakichś swobodnych jamów, zwoływanych okazjonalnie gdzieś w kolorowej nowojorskiej piwnicy i jeśli podchodzę do Hail Mary Mallon w ten sposób jestem zupełnie usatysfakcjonowany. Tylko ciąg dalszy do niczego mi nie jest potrzebny.

Filip Kekusz    
12 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie