RECENZJE

Guillemots
Through The Windowpane

2006, Fantastic Plastic 7.3

Guillemots zmietli z powierzchni ziemi bodaj wszystkie olśniewające debiuty, wielkie powroty, genialne kontynuacje oraz płyty wykonawców bez dobrego pijaru, które dane nam było poznać. Po tym jak szaleni Angole zrzucili, łamiąc wszelkie traktaty i porozumienia, Through The Windowpane na powierzchnię ziemi, ostało się jedynie kilka albumów, które, kryjąc się po kątach, próbują sformować nielegalne struktury wojskowe. Czy im się uda? Zdecyduj sam – na iTVP wybierasz z trzech opcji (koszt SMS-a: 6,10 zł), ale tylko jedna doprowadzi do zakończenia, ale nie powiem która. Bo nie wiem.

Pełni pretensji Guillemots sprokurowali epicką płytę z MUZYKĄ. Ciężko w ciągu ostatnich dwóch lat było wśród płyt listowych o muzykę w wąskim zakresie tego słowa – instynktownie przywoływaną przez szeroką grupę odbiorców. Sufjan się kwalifikował na pewno, Ris Paul Ric gdyby nie szmery, Department Of Eagles może trochę... W tym roku kalkulatory Knife, bełtliwe TV On The Radio, wszystko zajebiście i cała sala tańczy, ale nasuwa się refleksja, w trzy lata po terminie ważności, jak bardzo nadużywa się słowa "muzyka" w stosunku do klimatów typu Boards Of Canada, Mu, AFX etc. A Guillemots stworzyli godzinę muzyki prawdziwej, to znaczy takiej uwzględniającej chociażby używanie instrumentów wedle wykształcenia, zachowanie spójności tracka, jego rozwojowości i takich tam. Wszystkie stereotypy, przysłowia i przypowieści seniorów waszych rodów (dziadek Kekusz był bossem, wierzcie mi!) są zasadne na okoliczność Through The Windowpane. Muzyka łagodzi obyczaje, łączy ludzi. Dangerfield z rana jak śmietana. Czy ktoś we wszechświecie byłby w stanie odrzucić tę płytę z obrzydzeniem? (I sam sobie odpowiem: byłby. Ale nie utrzymuję już z nim kontaktów, pokłóciliśmy się o ciężar gatunkowy życia).

Wszedłem na jakąś lewą stronę rzekomo dotyczącą grupy, strona pokazała fingera, połowa recenzji poszła się parzyć. Omijając rafy udałem się do AMG, celem zacytowania rubryki "similar artists": New Radicals, Travis, Simple Minds (?), Coldplay, Flaming Lips między innymi. Światła się palą, ale postawienie któregokolwiek z wymienionych składów obok Guillemots (a już zwłaszcza biorąc pod uwagę ich teraźniejsze dokonania) jest zwyczajnie marne. Próba: zestawić ze sobą "Sǎo Paulo" z codą jakiegokolwiek albumu którejś z tych formacji. Nawet twoi ludzie odpadają, Donahue. Ogromna ilość ścieżek i dźwięków o rozmachu niemalże symfonicznym nadyma się w dwuminutowym pochodzie do niespotykanych rozmiarów, a kiedy już nie można bardziej, u wrót dziewiątej minuty, zamiast eksplodować, przeistacza się w jakieś quasi-karaibskie COŚ, prowokując opadnięcie kopary na sam asfalt. Kończące całość dzwony i dźwięki pozytywki naiwne jak cholera, ale słodziuchne.

Zaskakujące jak wiele na tej płycie znajdziemy pokładów potencjalnego obciachu. Już sam wokal kwalifikuje się momentami do odrzucenia z powodu nadmiernej emocjonalności, zaśpiewy "jajajajaja" przedłużone o ułamki sekund zmieniłyby błogi nastrój w sesję bólu i agresji. Ale na zimno, to se mogę dywagować. W trakcie, jeśli wszystko to osadzone jest w ogromnej przestrzeni tworzonej przez smyki (i to jakie!), trąbki, fortepian, pasaże, rozliczne plamy i brzdęki generowane sztucznie – pełen serwis, to nikt nie ośmieli się odezwać. Ileż oni musieli nad tym siedzieć, ile się nawyklinać, jak bardzo olać rodziny i ile pompek dla relaksu zrobić, by powstała ta cała historia.

Jest pięknie, jest mocarnie, jest 7.3, czyli na chwilę obecną dwadzieścia siedem procent skali zostało w 2006 roku dla mnie w ogóle nie zagospodarowane. Całe to schyłkowe kwękanie sprawia, że z przekory mam ochotę wsadzić jakieś 8.3, czy może chociaż 7.9 (nawet nikt nie zauważy). Niestety to akurat nie da rady. Ani Fyfe, ani MC Lord, ani Greig, ani nawet Aristazabal nie wydają się być wystarczająco charyzmatyczni. Nie czuję onieśmielenia podczas odtwarzania albumu, nie ocieram się o geniusz, czy inne nadużywane słowo. Ale te siedem i jeszcze kawałek punktu wystarcza, by z miejsca nabrać wymiaru klasycznego. Nie było (w moim odtwarzaczu) w tym roku płyty, która bardziej zbliżyłaby się do pojęcia piękna. Może poza dwiema pierwszymi minutami, które przygnębiają nienaturalnie. Chociaż to pewnie mój prywatny problem...

I tak patrzę na to ich www i jestem skonsternowany.

Filip Kekusz    
26 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja