RECENZJE

Guido
Anidea

2010, Punch Drunk 7.0

Pierwszy dźwięki na debiutanckim albumie Guido to nie programowane bębny ani bas – to pianino elektryczne. I niech mnie jeśli to bez znaczenia. W wywiadzie dla "Resident Advisor" Guy Middleton powiedział: "It's got to have a good hook, I know it's not that original, but a lot of dubstep is just based on the bassline and the LFO and doesn't get too melodic" – tego gościa interesuje melodia. A to, jak sam mówi, w gatunku, do którego jest zaliczana jego twórczość, niekoniecznie jest normą. Dubstep, czy może "dubstep" – definicja chowa się za coraz gęstszą mgłą, zbyt często bywa zgrzebny i szkieletowy. Guido stawia na przykrywające bity jasne i ładne hooki.

Anidea to estetyczna i przystępna płyta. Może świetnie służyć jako muzyka tła, kiedy chcecie skupić swoją uwagę na czymś innym, ale, jak w przypadku dobrego ambientu, powrót do aktywnego słuchania okaże się satysfakcjonujący. Bristolczyk oprócz pianina wykorzystuje syntetyczną gitarę, saksofon, smyki, syntetyczne syntezatory i rysuje nimi błogie, uspokajające szlaczki. "Mad Sax" saksowym loopem, syntezatorową bryzą i krótkim wokalnym miauknięciem to otaczający słuchacza chillout, który mógłby być soundtrackiem do kawiarni stworzonym przez M83. "Cat In The Window" jest uroczym pejzażem z nerwowego rytmu przetkanego klawiszowymi blipami jak z klasycznych gier na SNES. Podejrzewam, że nieprzypadkowo Middleton sygnuje swoją muzykę, tak jak zespół wykonujący utwory z klasycznego hitu "Chrono Trigger". Dwa wokalne nagrania są w pełni udane. "Beatiful Complication" jest jak r'n'b, którego mogliby słuchać bohaterowie "Ghost In The Shell" a dramatyczne "Way You Make Me Feel" ze śpiewem Yolandy (współpracowała z Massive Attack i Pinchem) jest tak intensywne, że trzeba łapać oddech. Guido jest tak dobry w tworzeniu ładnych piosenek (przeważnie instrumentalnych, ale i tak), że kiedy w ostatnich trzech utworach jednak zwraca się w stronę bardziej standardowego dubstepu bez dekoracji, wypada to odrobinę rozczarowująco (nie żeby to były słabe kawałki).

Także, wow, cóż za obiecujący debiut. Anidea to jak na razie jedna z lepszych płyt roku, dzieło człowieka ze świeżą wizją, którą realizuje z dużym polotem. Jest też dla każdego, bardziej nawet niż też raczej przyjazne w odbiorze, niedawno recenzowane płyty Ikoniki i Jamesa Blake'a (Scuba w porównaniu wypada, cóż, mroooocznie). Dusza tej muzyki jest na jej samym wierzchu – w błyszczących, przykuwających uwagę melodiach, nie w brudnych kanałach ciemnych bitów.

Łukasz Konatowicz    
1 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja