RECENZJE

Guided By Voices
Half Smiles Of The Decomposed

2004, Matador 6.0

THE FINAL ALBUM
The last chapter in the
storied career of Robert Pollard's
merry man is another idiosyncratic
rock masterpiece

Taki oto tekst, trochę jednak przesadzony (w kwestii arcydzieła), zamieszczono na okładce Half Smiles Of The Decomposed wraz ze zdjęciem człowieka odchodzącego gdzieś w siną dal. Kim jest tenże tajemniczy opuszczający nas jegomość? No właśnie, to bez wątpienia, dobiegający pięćdziesiątki, wyjątkowy (pod każdym względem) songwriter Robert Pollard. Moja pierwsza reakcja: no nie, Guided się rozpadają, nie ma życia... Ale cóż, kiedyś to wreszcie musiało nastąpić. W końcu po nagraniu tylu albumów i skomponowaniu tylu (tylu!) utworów człowiek w wieku, nie oszukujmy się, podeszłym, jak na muzyka grającego "niezal" ma prawo do zasłużonej emerytury. Podobno zresztą frontman byłego już GBV nie zamierza do końca rezygnować z muzyki (pod inną nazwą ma się ukazać dwupłytowy zbiór niepublikowanych kawałków wczesnego GBV). Jednakże rozdział w historii muzyki pod tytułem "Guided By Voices" jest definitywnie zamknięty. Ogarnia nas wszystkich smutek i żal.

Nie jestem do końca przekonany, czy kwestia GBV jest dla wszystkich do końca jasna. Dlatego może postaram się ją trochę przybliżyć. Otóż, zespół powstał jeszcze w latach osiemdziesiątych (jego skład zmieniał się wielokrotnie, ale do rozłamu w 1996 zawsze zostawało w nim dwóch kolesiów: boss Robert Pollard i równie wielki boss Tobin Sprout), choć tak naprawdę zaistniał dopiero po tym, jak w 1993 ukazał się Vampire On Titus. Potem był kontrakt z Matadorem i pierwszy (do dziś przez nich nie pobity) wielki klasyk rocka niezależnego Bee Thousand. Rok później niemal równie wybitny Alien Lanes, a następnie całe mnóstwo znakomitych albumów których szerzej nie będę opisywał. Częściowo (także) dlatego, że ich wszystkich nie posiadam (bez przesady). Konkluzja natomiast jest następująca: GBV obok Pavement to absolutna klasyka niezal, a zapoznanie się z Bee Thousand i Alien Lanes jest dla każdego po prostu obowiązkowe. Co do reszty – a jakże, przecież nie zabraniam. Lecz dyskografie najlepiej poznawać chronologicznie.

Tegoroczne wydawnictwo to, wszystko na to wskazuje, ostatni album z tych popełnionych już po odejściu Sprouta (które skądinąd wcale nie wyszło grupie na dobre). Płyta trwa ponad 44 minuty i tu pojawia się pierwsza wątpliwość: otóż Bee Thousand trwało 36 i była tam naprawdę "sama treść". Half Smiles natomiast, mimo że materiałowo wcale specjalnie nie odbiega od wysokiego Guidedowego poziomu, wydaję się trochę zbyt długie. Zdarzają się tam, nie powiem dłużyzny, ale krótkie przestoje. Stąd więc album nie budzi mojego szczególnego zachwytu. Ale też nie mógłbym nie dostrzec i nie docenić niewątpliwego talentu Pollarda do pisania piosenek, a przede wszystkim wymyślania melodii. Weźmy na przykład melodie "Girls Of Wild Strawberries", czy "Window Of My World" – to jest nasz stary dobry Robert. Mój osobisty problem z tą płytą przedstawia się podobnie jak w przypadku zespołów Grandaddy, czy Death Cab For Cutie: czuję, że ich ostatnie albumy nie są już takie dobre, ale trudno jest mi coś konkretnie skrytykować. Słowem, nawet słabsze momenty jestem w stanie puścić mimo uszu. Tak, są artyści do których mam szczególny stosunek, powiedzmy sentyment, którego ciężko mi się wyzbyć (taki trochę syndrom fana). A mówię to dlatego żeby potem nie było pretensji w stylu: "dał 6.0, a płyta to ledwie popłuczyny po starym Guided". Z czystym sumieniem mogę ją polecić jedynie tak samo (lub bardziej) jak ja zafascynowanych postacią zespołu i samego Roberta Pollarda. Reszcie zalecałbym wcześniejsze zapoznanie się z klasykami wspomnianymi wyżej.

Na koniec jeszcze kilka słów specjalnie dla naszego dzisiejszego głównego bohatera (w końcu jesteśmy mu to winni po tylu latach doznawania przy jego kawałkach). No więc stało się: GBV zakończył działalność. Kolejny wielki zespół przeszedł do historii, a jego genialny założyciel poszedł sobie Bóg wie gdzie. Nam pozostaje jedynie: najpierw wzruszyć się co nieco (może nawet trochę z obowiązku) przy "Window Of My World", "Asphyxiated Circle", czy closerze "Huffman Prairie Flying Field", a następnie co jakiś czas (żeby nie zapomnieć) z nostalgią powrócić do wcześniejszych nagrań zespołu i szczerze doznać słuchając takich killerów jak: "Hardcore Ufos" (doznaję!), "Buzzards And Dreadful Crows", "Tractor Rape Chain" (uff!), "The Goldheart Mountaintop Queen Directory" (oh, tak.. zresztą o tym się nie mówi ), czy "Hot Freaks", "Smothered In Hugs", "Yours To Keep" (kurde, no...), "Echos Myron", "Gold Star For Robot Boy", i oczywiście "Awful Bliss", a także "Mincer Ray", "A Big Fan Of The Pigpen" (ej, zakończenie!), "Queen Of Cans And Jars", "Her Psychology Today", "Kicker Of Elves", "Ester's Day" (chyba mój ulubiony), "Demons Are Real", czy jeszcze "I Am A Scientist" (postać jego klasyczności), "Peep-Hole” i "You're Not An Airplane", a również: "A Salty Salute", "Evil Speakers", "Watch Me Jumpstart", "They're Not Witches", "As We Go Up We Go Down" (yeah!), "(I Wanna Be A) Dumbcharger", "Game Of Pricks" (hehe), "The Ugly Vision", "A Good Flying Bird" (ej, na serio doznałem jak to jedzie!), "Cigarette Tricks", "Pimple Zoo", "Big Chief Chinese Restaurant", "Closer You Are", "Auditorium", "Motor Away", "Hit", "My Valuable Hunting Knife", "Gold Kick", "King And Caroline" (nie mogę, melodia tego utworu...), "Striped White Jets", "Ex-Supermodel", "Blimpe Go 90", "Straw Dogs", "Chicken Blows" (zwracam uwagę na chórek – o co chodzi??), "Little Whirl", "My Son Cool", ponadto "Always Crush Me" (ale nie, nie...), "Alright", etc., etc., etc. x 100. Albo i wiele więcej.

Paweł Greczyn    
15 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors