RECENZJE

Gui Boratto
Chromophobia

2007, Kompakt 6.8

Powiedzmy sobie szczerze, że labelowi Kompakt zdarzało się trochę przynudzać. Jeśli chodzi o albumy, to przez ostatnie dwa lata chyba tylko Mikkel Metal i Justus Köhncke dali radę w porównywalnym stopniu do debiutu Boratto. Porównywalnym, chociaż Chromophobii należy się wśród nich pierwsze miejsce. Zapowiadały to już single, "Gate 7" i "Arquipelago" z zeszłych lat. Teraz właściwie ciężko jest wskazać na tej debiutanckiej płycie jakiś highlight, ale jak najbardziej w dobrym sensie trudno. Chciałoby się jednak zwrócić na coś uwagę, na przykład na "Beautiful Life" (nie, to nie jest cover Ace Of Base, chociaż miałam taką nadzieję), nieoczekiwanie elektropopowy, ale płynnie wpisujący się w całość, gdzie zresztą śpiewa żona Guia Boratto, która nazywa się Luciana Villanova i to wcale nie jest żart. Tak, jeszcze chwila i stanę się chyba zwolennikiem znanego niektórym forumowiczom Porcys etnicznego grupowania muzyków w tabeli, bo z tą Ameryką Południową coś musi być na rzeczy. Spisek zawiązany przez Boratto, Ican, Luciano, Villalobosa jak również Lucianę Villanovą i innych powinien ujrzeć światło dzienne także na łamach naszego serwisu. Powinniśmy przyjrzeć się uważniej ich podejrzanym poczynaniom, skierować w stronę Ameryki Południowej naszą uwagę badawczą, gdyż mimo że są oni rozsiani już po całym świecie od Berlina po Detroit, knują jednak niewątpliwie i wykupują minimal ze świata skupiając go w swych obcych rękach.

Boratto nie od dziś podstępnie remiksuje wszelakie techno, w tym roku na przykład Eyerer & Chopstick i Robert Babicz (pojawiający się niebawem z nowym albumem) zostali przetworzeni. Nie dba również o czystość gatunkową, wpisując się w tendencję wplatania gdzieniegdzie w minimal house nie elektronicznych elementów typu gitara i pianino. Gdzieniegdzie, bo na zdecydowanie większej części płyty przeważa elektronika bez tych dodatków; trochę tego zresztą ostatnimi czasy jest – nawet ci najbardziej elektroniczni podłączają do swoich płyt różne instrumenty grające wprost z realu oraz różne całkiem inne gatunki, tak jak ci od gitar podłączają się masowo do urządzeń elektrycznych, niektórzy z zasady i na chybił trafił.

Jednak przejdźmy do dalszych ostrzeżeń. Boratto przede wszystkim dosypuje do przykuwających uwagę melodyjek środków trance'owopodobnych, które przewijają się niepostrzeżenie w tle, co powoduje u słuchacza myśli o narkotykach jako temacie albumu. Podwójna warstwa, charakterystyczna budowa kawałków z Chromophobii, potęguje to jeszcze, przypominając mi fragment Pożegnanie Jesieni, w którym Atanazy oglądał jakieś ubrania w kratkę nie mogąc się nadziwić ich budowie i doskonałości, czego później kompletnie nie rozumiał. Gui Boratto zagraża również tradycyjnemu, zgodnemu z naturą pojęciu kolorów, wywołując ich wrażenie przy pomocy dźwięków. Aby zapobiec tym oddziaływaniom, postuluję wykupienie całego nakładu płyty przez czytelników, a przynajmniej zassanie jak największej ilości dźwięków z MySpace.

Zosia Dąbrowska    
11 maja 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie