RECENZJE

Grum
Heartbeats

2010, Heartbeat 6.6

KFB: O talencie tego młodego człowieka nie ma co pisać – to kwestia bezsporna, wiemy to już od pierwszego przesłuchania singla "Can't Shake This Feeling", nad którym koleżeństwo się niedawno rozwodziło. Jakkolwiek podejście do tworzenia muzyki w wykonaniu Graeme'a Shepherda jest z wielu względów bliskie mojemu sercu (daftpunkizm stosowany), tak nie oszukujmy się - nagrać udaną godzinną płytę w klimatach disco-french-house'owych to w dzisiejszych czasach cholernie trudne zadanie. Tym bardziej należy się cieszyć, że ten młodzian podołał, chociaż zdaję sobie sprawę, że pisząc "podołał" nie wnoszę do tematu prawie nic. Trwający blisko godzinę debiut Shepherda urzeka przede wszystkim eklektyzmem i różnorodnością, bo na przestrzeni tego czasu obracamy się w dosyć wszechstronnie imprezowych klimatach i to się chwali, zdecydowanie. Właściwie wszystko na co stawia Grum przynosi pozytywne efekty – odwoływanie się do daftpunkowej retoryki punktuje w "Cybernetics" a bezpośrednie nawiązanie do 80sowego disco stanowi chociażby zapożyczenie linii basu ze szlagieru "Native Love" (tej samej, którą Roisin "pożyczyła" do "Cry Baby"). Końcówka albumu to kawałki, które spokojnie mogłyby wyjść spod ręki Memory Tapes, gdyby Hawke miał więcej talentu i odwagi. Rozklejam się przy epickim "Someday We'll Be Together" a "Turn It Up" ewokuje jakże przyjemne skojarzenia związane z wczesnym dorobkiem Królowej Madge. Do tego panna śpiewa w tym kawałku, że "When you move on the floor you could by my disco angel", przecież to jest przeurocze! W szerszej perspektywie to tak sobie myślę, że Heartbeats to może być właśnie ta dobra płyta, której mylnie oczekiwaliśmy od takiego, dajmy na to, Calvina Harrisa.

PM: Przy pierwszym kontakcie przeszło dwa miesiące temu Grum ujął mnie właśnie swoją względną nie-house'owością; będę utrzymywał więc, że to stricte popowe momenty stanowią o sile tej ostatecznie mocno nierównej płyty. Czyli: "Cybernetic", "Runaway", "Want U" nie dla mnie, sorry, ale "Turn It Up" to z kolei miód porównywalny z marcowym singlem. Paradoksem jest tu jednak "hitoletni", francusko-brzmiący "Heartbeats" – kawałek tak uzależniający, że wraca mi wiara w mój brak uprzedzeń.

KB: Niczego nigdy nie oczekiwałem od Calvina Harrisa, a Ty Kacperku nie udawaj, że rozkminiasz jakieś hiciory 80'sowych drag, bo to moja działka. Więc jak zajmujemy się podkradaniem spostrzeżeń, to ja od Wojtka wezmę sobie zdanko, że Grum przypomina trochę mniej utalentowanego Mylo. Faktycznie, finezji Mylesa mu nieco brakuje, ale materiał prezentuje się niewiele gorzej, niż na Destroy Rock & Roll, a zbliżają je nie tylko zamiłowania francuskie, ale właśnie cały wyczuwalny sentyment retro do wszelkich debiutów Madonn, produkcji Morodera, Soft Cell, brzmień hi-nrg, korgów i moogów etc, w których stronę ten materiał za każdym razem przesunięty jest bardziej, niż w kierunku tańca post-Stardustowego, opartego o rozpoznawalną samplerkę. Na Heartbeats mieszanka tych stylów wypada zawsze przekonująco, skoro nawet gdy niebezpiecznie zbliża się do electroclashu w stylu Tigi ("Fashion"), to broni się fajnymi refrenami. Dodatkowo, mimo ogólnie pewnej kwadratowości (raczej mało tu rytmicznych eksperymentów i jakichś wysublimowanych progresji akordów, co z drugiej strony czyni ją idealnym prezentem dla każdego), Grum zawsze dorzuca do swoich utworów takie drobne elementy, które uatrakcyjniają odbiór – przytłumiony sampel w "Runaway", 8bitowe melodyjki w "Heartbeats", znowu jakieś amigowe gamy w "Power" (to w tym utworze właśnie ukrył się wielki tył Divine), wyjący synth w "Want U". Btw. "The Really Long One" przypomina "Intro" Braxe'a w nieistniejącym remiksie Aeroplane – porzucono tu ten głęboki bas, który wymieniono na wystukiwany na jakimś moogu, jaki mogliśmy spotkać ostatnio w "Down In LA" lub innym "You Know Me Better", ale westchnięcia robią wrażenia ponownie samplowanych z "Crush On You" Jets. Wiadomo, trochę się zawiodłem, że tak mało tutaj klimatu self-titled Madonny (fantastyczne "Turn It Up"!), ale każdy z tych utworów wskazuje nie tylko na niezwykłe umiejętności rzemieślnicze, ale i na własny styl, wyczucie melodii i najlepszą stricte taneczną płytę od dawna.

BD: Grum pomyka trochę jak Mylo (i w sumie też pochodzi ze Szkocji), tylko mniej eklektycznie. Słyszę tu post-Discovery'ową łupankę dla ogarniętych i generalnie "w to mi graj". Zaś Annie nie miała "Turn It Up" (brylancik tu, Madonna s/t jak z kuriera) na sofomorze. I to ją zgubiło. Właśnie to. Dziękuję za uwagę, pozdrawiam.

Kamil Babacz     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek     Borys Dejnarowicz    
24 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja