RECENZJE

Grovesnor
Soft Return

2010, Lo 6.9

RG: No weź, chcesz tutaj przesłuchać płytę, a tu klops. Jasne, wszystko zaczyna się niewinnie: sample, sampelki, symulacja przeskakiwania po stacjach radiowych w poszukiwaniu dobra i krainy szczęśliwości, wiecie, takie intro, a potem bęc: wsiadamy w dłuższą (znaczy lepszą, że limuzyna) wersję taksówki z lotniska i już zaczynają się kłopoty. Niby już zna się te triki wcześniej, niby ogarnia, planowo to ma być po prostu przejazd do kumpla Dana, co się poznało go na Myspace, ale nie, nie, nie, jak po raz czwarty prosisz taksówkarza o następne kółeczka by przejazd trwał jak najdłużej, bo widoki wokół urzekają tak jak za pierwszym razem. No, a potem jest kumpel Dan. Ten okazuje się tak zajebisty, że spędzasz z nim następne pół godziny na rozmowach o roli męskiej w muzyce pop. Ględzisz, ględzisz, powinieneś już na ostatnim traku, a Ty na trójeczce siedzisz, więc żegnasz się z kumplem Danem przez następne cztery minuty czterdzieści osiem sekund, wchodzisz do hotelu i w swoim pokoju słuchasz "Nitemoves" przez następne pół nocy. I wiadomo, na potrzeby recenzowania i trzymania się swoich napiętych norm czasowych, chcesz się sprężyć, ale nie nie nie, utknąłeś, a tu jeszcze czekają "Find A Way To Stop Him", "Dragon Tree" i tak aż do "Cuckolded". Jasne, że Grovesnor jakby miał walczyć na śpiew ze złymi eks swojej przyszłej dziewczyny to by przegrał, jasne, że jakość kompozycji trochę później spada, jasne, że przy tworzeniu postaci przeznaczył mało punktów na charyzmę, ale pieprznął tyle na songwriting, że strzela rzut krytyczny za rzutem krytycznym, produkując na razie moje ulubione piosenki w 2010 roku. Lista, lista, lista!

MHJ: Wobec bardziej futurystycznej wyprawki zwiastunów Soft Return, miałam się spodziewać większej elektro-woltyżerki. A okazuje się, że Grovesnor roztacza nade mną pieczę i raczy bezpiecznymi dźwiękami, pozbawionymi kantów, ubijając śmiałe propsy dla Hall & Oatesów i Steely Danów. Z dala od atrofii wokalnej, pogubionej w syntetykach, trafiam na żywy, pracowity organizm, będący w ścisłej komitywie z muzyką przezeń wytwarzaną. Poprzez wzmocnione softy: "Dan", czy "Taxi...", przywiązuję się ostatecznie do "Nitemoves", kawałka, który zdradza romantyczno-melancholijne roszczenia Grovesnora, pocięte krewką sekcją rytmiczną i nabudowaną gamą "ciepło-zimno". W "No Doubt About It" nie mam wątpliwości. "Cuckolded" zdobywa mnie niekalkulowaną klarownością. Każdy kawałek z kolejna, wybudza ufność wobec świata i nie pozwala uczuć rozczarowań, tła są gęsto i takownie obsadzone, Grovesnor zadbał o melodie. On w ogóle dba i nie ma pod paznokciem. Nie jątrzy, nie męczy, jest czuły i dla mnie dobry. Gracjozo.

KB: To miała być jedna z najlepszych płyt roku, ale nie wystarczy wsiąść do taksówki na lotnisku, jeśli kierowca zapomniał zatankować. Tak zaczyna się stopniowe tracenie prędkości. "Find A Way To Stop Him" zdążył jeszcze załapać się na tytuł piosenki miesiąca i najlepszego utworu na Soft Return, którego nie znałem wcześniej – beat ze sklepu z zabawkami, w refrenie zacinający jak na wiejskiej potańcówce, domknięty fantastycznie kiczowatą partią saksofonu, a efekt i tak ma klasę. "Dragon Tree" to już koniec marzeń o płycie naładowanej genialnymi singlami - od tej pory zaczynają się porządne album tracki, ale o wyraźnie mniejszej sile rażenia, a końcówka to już właściwie zapychacze. Może gdyby przemieszać tracklistę? Wyczuwalny spadek pomysłów i energii powoduje, że płyta ostatecznie robi mniejsze wrażenie, niż wynikałoby to z poziomu każdej z piosenek.

BD: Smoughton wprawił mnie w zakłopotanie. Na papierze jego krążek to muza do zakochania: wysmakowany harmonicznie, bezpretensjonalny, ciepły pop domowej receptury, rezygnujący z rockowego arsenału środków na rzecz pastelowych kolorów klawiszy i odrobinę kołyszącego, jazzującego feelingu (postać ograniczoności wokabularza w sektorze muzycznym; co mam rzec, "frenetycznego posmaku"?). No i leci to, leci, owszem, akordów dużo i klimacik niewinny, ale… Czegoś mi tu solennie brakuje. Kombinuję czego i peeem tak… Ziom jest songwriterską zdolniachą, lecz autentycznie kiepawym wokalistą i to poza nieszczególnym timbre mówię też o skali dopracowania w montażu (weźmy McAloonowy "Dan", co to ma być w górnych partiach?). Co gorsze, cierpi na dotkliwy deficyt charyzmy: to rzadki dziś przypadek gdzie materiał przerasta "postać" (i to dość wyraźnie). W rezultacie obu tych wad w przeważającej części obcujemy z fabułką mdłą, miałką i nijaką. Mniej przekonują mnie też elegancko skrojone, ale trochę zbyt jałowe emocjonalnie "krótkie piłki" w rodzaju "quasi-pogodnych" "Dan" czy "Find a Way to Stop Him". I kiedy już zbieram się do spuentowania, że w praktyce Rob zawiódł, łapię się na byciu pod niepozornym urokiem gamonia. Może on MA być taką niewinną ciapą za mikrofonem? Doceniam chwytliwość singla "Taxi" (ach to "sail on" niczym z openera Holland). Właśnie: delektuję się szczytnymi wzorcami. Wszechobecny duch Steely Dan, otwarcie "Nitemoves" to 10CC, a w ogóle ostatnio wróciłem sobie do Meddle i na 2:57 w tytułowym słyszę tu strzępek riffu przewodniego z piosenkowej partii "Echoes". Wreszcie dostaję wyczekane highlighty: uwodzi staccatto magia suchego "No Doubt About It" czy kolejnego brylantu w zestawie, znów Prefab Sproutowego circa Steve, okraszonego arpeggiowym hookiem kiborda w chorusie "When I Saw You Dance". Okazuje się więc, że Grovesnor to istny kameleon nastrojów: sporo chyba w odbiorze Soft Return zależy od tego ile sami wniesiemy, od nastroju słuchacza, widoku za oknem, momentu dnia etc. Nieczęsto zdarza mi się mieć tak dużą tolerancję na opinię o albumie – akceptuję zarówno entuzjastów przebąkujących o jednej z płyt roku, jak i maruderów wytykających kolesiowi jawne niedociągnięcia i skreślających ten projekt za marną, pół-amatorską egzekucję. Zajmę więc ciepłe miejsce pośrodku stawki, tu czuję się bezpiecznie.

Kamil Babacz     Magda Janicka     Ryszard Gawroński     Borys Dejnarowicz    
28 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers